Recenzja: Frank Ocean nostalgia,ULTRA.

Data: 2 maja 2011 Autor: Komentarzy:

frankocean1

Frank Ocean

nostalgia,ULTRA. (2011)

Frankowi Oceanowi udało się to, co kilka lat temu miał zrobić Drake (czy przynajmniej czego oczekiwała od niego część miłośników dobrego R&B). Tymczasem Drake bardzo szybko po swoim głośnym debiucie, rozwiał pokładane w nim nadzieje i czym prędzej popędził mnożyć hity na listach przebojów. Tej możliwości jak na razie nie miał Frank Ocean (swoją drogą członek bardzo modnego ostatnio hip hopowego kolektywu Odd Future) i może właśnie dlatego nostalgia,ULTRA. jest płytą tak udaną.

To w zasadzie mixtape, bo pomimo namów kolegów z kolektywu, Ocean nie zdecydował się na oczyszczenie sampli i oficjalne wydanie krążka. Jednak nawet mimo tego to bardzo ważne wydawnictwo, odkrywające nieco zaniedbaną ostatnio stronę młodej miejskiej wrażliwości. W czasach gdy łatwiej i bardziej opłacalnie jest śpiewać o rzeczach nieistotnych, trywialnych i zatopić się w muzycznym materializmie wymachując złotym wisiorem, obnażanie spraw prawdziwych i naturalnie płynących z nas samych jest zadaniem niełatwym. Na szczęście bez żadnych wątpliwości nostalgia,ULTRA. jest płytą natchnioną, osobistą, inspirowaną rzeczami, które mają znaczenie. Jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest tu coś z tęsknoty za przeszłością, być może próby zamknięcia jakiegoś rozdziału.

To współczesne R&B, ale z soulową wrażliwością, ubrane w przestrzenną i lotną produkcję, która mimo wszystko czasami może odstręczyć osłuchanego odbiorcę kilkoma bardzo oczywistymi zapożyczeniami z niedawnych wydawnictw Coldplay, MGMT, Mra Hudsona czy ogranego do granic możliwości „Hotel California” Eagles. Kolejne odsłuchy odkrywają jednak, że Ocean nadał tej muzyce zupełnie nowy charakter i burząc ich oryginalną strukturę zbudował zupełnie od zera, nowy, być może ciekawszy krajobraz. Nawet wytarta gitarowa solówka z nieśmiertelnego hitu Eaglesów w „American Wedding” nabiera zupełnie nowego kształtu, a ze „Strawberry Swing” Coldplay, Frank wydobywa czystą esencję pozostawiając ożywczy beat, ale negując skostniałą strukturę oryginału.

Niemniej jednak prawdziwa siła tego materiału daje się poznać we w pełni oryginalnych kompozycjach Oceana: refleksyjnym i inspirującym „We All Try” o wierze w drugiego człowieka, nietypowej muzycznej historii miłosnej bez happy endu w „Songs for Women” czy przeszywającym „Swim Good” (z uroczym błędem gramatycznym w tytule).

Co najbardziej uderza mnie w nostalgia,ULTRA. to to, jak bardzo świadoma to płyta, zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Bezpośrednie czy momentami nawet szorstkie teksty spod pióra Oceana potrafią wznosić się na wyżyny miejskiej poezji („I don’t believe my hands are cleanly/Can’t believe that you would/Let me touch your heart”), a ciekawy, choć nie charakterystyczny, wokal – przybierać prawdziwie aksamitne tony. Możemy jedynie mieć nadzieję, że wielkoformatowy debiut Franka Oceana będzie równie natchniony i inspirujący, co nostalgia,ULTRA.

Komentarze

komentarzy