
Czas na nowy cykl na soulbowl.pl. „M jak Motown” to historia muzycznego imperium z Detroit przedstawiona w postaci pojedynczych epizodów, nastawiona na przypomnienie kluczowych momentów, kamieni milowych dla wytwórni (jak i dla całej czarnej muzyki), a także na przedstawienie artystów, którym ciężko było się wybić w labelu wydającym przeboje Diany Ross, Smokey Robinsona czy Steviego Wondera. Pamiętajmy o tym ile dobrego dla muzyki zrobi Berry Gordy tworząc pod koniec lat pięćdziesiątych markę Tamla/Motwon, zapomnijmy o tym że wydał na świat potomstwo, które podbija ostatnio dyskoteki swoim eurodancem („ewrydej ajm szaflyn”). Zapoznamy się też z sylwetkami producentów muzycznych, między innymi członków The Funk Brothers, którzy przyczynili się do powstania większej liczby numer-jeden-na-liście przebojów niż Żuki, Toczące Się Kamyki i Plażowi Chłopcy razem wzięci.
Jako, że to początek cyklu, to przenieśmy się w czasie najdalej jak się da. Zaszczytu nagrania bardzo pierwszego utworu dla Hitsville doznał Marv Johnson. W maju 1959 wyszło doo-wopowe „Come To Me”, skromna inwestycja, która jeszcze nie rozbujała marki tak jak później Barrett Strong i The Marvelettes, ale kto by sie spodziewał, że wytwórnia z nikąd od razu wyda coś wielkiego. Na okładce widniał już wtedy napis „Tamla”, którym potem sygnowali swoje kultowe wydawnicta Marvin Gaye i Stevie Wonder. Gordy chciał, by wytwórnia nazywała się „Tammy” (w hołdzie dla utworu aktorki i piosenkarki Debbie Reynolds), lecz oficyna o takiej nazwie już istniała. Berry osobiście czuwał nad nagraniem (co oczywiście z czasem zdarzało się rzadziej), do studia zaprosił basistę Jamesa Jamersona i perkusistę Benny’ego Benjamina. Obaj nawiązali potem dłuższą współpracę z Motownem, uczesnicząc w nagraniach późniejszych klasyków, w tym What’s Going On.


Komentarze