
Parę tygodni temu pisałem jak wielką szkodą dla muzyki było przedwczesne odejście utalentowanej Tammi Terrell, dzisiaj będzie o kolejnej niespełnionej karierze i to w jeszcze większym stopniu. Tammi pozostawiła nam solówkę oraz trzy nagrania z Marvinem Gaye’em, natomiast dzisiejsza bohaterka – Yvonne Fair – zaczęła i skończyła się na jednym tylko albumie. Ale za to na jakim! Odsłuchom wydanego w 1974 The Bitch Is Black towarzyszy wrażenie, że mamy doczynienia ze składanką największych hitów artystki z niemałym stażem, a jak jest faktycznie to już zaznaczyłem. To materiał bardzo bogaty brzmieniowo, czerpiący inspiracje z psychodelicznego soulu, ze Steviego Wondera, Jamesa Browna (u boku którego zaczynała), oraz z uwielbianej przez Iwonę Etty James. Album równie fascynujący co osobowość wokalistki słynącej z charyzmy, niewyparzonego języka i ogromnych pokładów ekstrawagancji (za przykład może służyć ten odważny tytuł albumu, jak i jeszcze odważniejsza okładka – zdecydowanie za mało grzeczne jak na Motown Records). Co zatem spowodowało, że taka bomba nie wybuchła? Prawdopodobnie niemożność przebicia się nowej artystce w drugiej połowie lat 70 z czymś innym niż rytmy disco, plus ówczesna strategia wytwórni kładąca nacisk na promocję tych już znanych i kochanych.
„It Should Have Been Me” to doskonały przykład tego, że producenci producentami, ale bez mocnej osobowości na mikrofonie hitu nie będzie. Utwór ten został początkowo napisany przez Normana Whitfielda dla Kim Weston, potem cover nagrała Gladys Knight. Możecie właściwie zapomnieć o tych dwóch smutnych wersjach, gdyż Yvonne Fair dokonała tutaj cudu, wynosząc charakter utworu na poziom niemalże kosmiczny. Zresztą całe The Bitch Is Black jest nie z tej Ziemi, polecam się zapoznać.


Komentarze