Do klubu 1500m2 dotarłem po 23, zmęczony przeziębieniem przysłuchiwałem się elektronicznym sztosom o które zadbali Bartek Winczewski oraz Busha & Zisa. Główna atrakcja wieczoru pojawiła się na scenie pół godziny po północy. Tłumów pod sceną niestety nie było, trafiło się też trochę przypadkowych ludzi, którzy przyszli do klubu a nie koniecznie na koncert Bena, ale to normalna specyfika takiego miejsca. Podczas ponad godzinnego występu artysta przy pomocy mikserów i komputera odtwarzał przearanżowane wersje swoich kawałków śpiewając do nich na żywo. Poleciały zarówno materiał z nowego albumu, ale też kilka hitów i klasyków z debiutu czy licznych gościnnych występów.
Wszystko rozpoczął utwór „Inflections”, a potem poleciały też między innymi „So Good Today”, wzbudzający największy aplauz „Something For The Weekend” (trudno się dziwić, grały go nawet największe stacje radiowe) czy „Summer Loss”. Ben płynnie przechodził pomiędzy poszczególnymi kawałkami popijając przy tym kolejne szklaneczki whisky i paląc papierosy. Na jego świetnym głosie nie odbiło się to jednak w żaden sposób i byłem nawet zaskoczony jak szerokie możliwości wokalne posiada Brytyjczyk. Parkiet falował i cały czas tańczył, bo też nie sposób przy takich dźwiękach ustać spokojnie. Ben chyba też bawił się przednie, na jego twarzy często gościł uśmiech a powtarzane wielokrotnie słowo „wicked” najlepiej oddaje atmosferę jaka panowała w klubie. Nie zmąciły jej ani dwie panie, które na scenie koniecznie chciały pochwalić się swoimi umiejętnościami tanecznymi, ani fakt iż na pytanie kto zna zespół Jazzanova odpowiedziało zaledwie pięć podniesionych rąk, w tym dwie moje. Mi osobiście zabrakło trochę utworów „Squeeze Me” i „Fallin'”. Generalnie było dynamicznie, energetycznie i housowo. Po koncercie Ben Westbeech zagrał jeszcze didżejski set, którego nie dane było mi już doświadczyć. Udany występ rozbudził we mnie ciekawość jak takie utwory brzmiałyby wsparte zestawem żywych instrumentów. To mogłoby być coś wielkiego.



Komentarze