Recenzja: Michael Kiwanuka Home Again

Data: 14 marca 2012 Autor: Komentarzy:

Michael Kiwanuka

Home Again (2012)

Polydor

Do niebotycznych wręcz rozmiarów media napompowały oczekiwania odbiorców względem długogrającego debiutu Kiwanuki. Tymczasem Brytyjczyk, jakby wbrew wszystkim, nagrał płytę niemodną, nieprzebojową i wymykającą się współczesnym klasyfikacjom.

Owszem, metki i szufladki są odbiorcy do życia potrzebne prawie jak powietrze, ale słuchając Home Again odnoszę nieodparte wrażenie, że na swój sposób kpi sobie z tych wielkich uszeregowań. Robi to zresztą mimowolnie, bez choćby odrobiny cynizmu, wypadając tym samym poza piramidę hołubionych dzisiaj wartości.

Nie oszukujmy się – to proste granie w starym stylu, trącające te same struny naszej wrażliwości, na których grę do perfekcji opanowali przed laty Tim Buckley czy Marvin Gaye. Ale Kiwanuka nie jest żadnym z nich. A i czas, zdaje się, wpadł ostatnio w szaleńczą pogoń za machinalną innowacją.

Tymczasem tutaj, piosenki, jedna po drugiej, z niesamowitą lekkością, płyną swoim własnym tempem, mieszając w niebezpiecznych dawkach melancholię z optymizmem. Aranżacyjnie, progresywne niuanse dopełniają czaru folkowych fundamentów.

Home Again to stworzony z tęsknoty i miłości ponadczasowy album, który równie dobrze mógł zostać wydany wiele lat temu, ale przydarzył się światu dzisiaj, ku być może nawet większej tego potrzebie. Nie bezosobowy renesans retro (którym stara się usprawiedliwić jakiekolwiek organiczne płyty, ani bacząc na ich pochodzenie), ale rzeczywista podróż do wytęsknionego domu.

Komentarze

komentarzy