Tech N9ne po raz pierwszy w Polsce – wrażenia z koncertu

Data: 20 listopada 2012 Autor: Komentarzy:

Z hiphopowymi koncertami w Polsce jest tak, że chociaż nie mamy prawa od kilku lat narzekać na ilość wpadających do nas gości z Ameryki, to inaczej sprawa ma się z różnorodnością. Najczęściej przychodzi nam w klubach spotykać się z odrobinę zapomnianymi już legendami, lub z ortodoksyjnymi truskulowcami młodszego pokolenia. Dlatego właśnie z radością zareagowałem na wieść o tym, że w listopadzie do Warszawy wpadnie Tech N9ne – jeden z najmocniejszych technicznie wymiataczy w Stanach, który ponad bity a’la DJ Premier i wymienianie czterech elementów hip hopu stawia świeżość, oryginalność i zachwycającą zabawę słowem oraz głosem.

Dodatkowym napędem do wybrania się na koncert N9ne’a była ciekawość, czy jego znany z albumów talent do wypluwania z siebie z ponaddźwiękową prędkością potoku słów da znać o sobie również na żywo. Dał znać. Chociaż w rolę hypemana dopowiadającego końcówki wersów wcielił się kolega z wytwórni Strange Music Krizz Kaliko, nie można było mówić o tym, że bohater wieczoru szedł na łatwiznę. Prezentując nam przekrój głównie nowszej twórczości, Tech N9ne potwierdził swoją klasę w kwestiach techniki i flow, nieziemskich przyspieszeń i szalonych modulacji głosu.

Warto też niestety wspomnieć o niedogodnościach. Po pierwsze: support. Rozumiem, że dla Grubsona wystąpić przed jednym ze swoich ulubionych raperów było spełnieniem marzenia i cieszę się z jego szczęścia. Patrząc jednak na obiór występu reprezentanta Rybnika, zdecydowana większość zebranych widzów nie była zainteresowana bujaniem się do „Na Szczycie” i krzyczeniem „gruby brzuch!”. Zważywszy na to, że koncert odbył się w środku tygodnia (co nie przeszkodziło stawić się w klubie ogromnej ilości fanów spoza Warszawy), można było jednak zorganizować go bez supportu, dzięki czemu impreza skończyłaby się wcześniej. Cena i tak była warta spędzenia ponad godziny z głównym bohaterem dnia.

Po drugie: warunki w klubie. Nic w związku z nagłośnieniem, nie chodzi też o to, że duszno i tak dalej. Chodzi o brak na scenie jakiegokolwiek wzniesienia, które pozwoliłoby nam zobaczyć rapera. Niby nic, ale chyba jedynie osoby ustawione w pierwszych dwóch-trzech rzędach mogły zobaczyć jak Tech N9ne wygląda poniżej poziomu czoła. Reszta była skazana na obserwowanie czasem podniesionej do góry ręki rapera, a przy odrobinie szczęścia mogła ujrzeć przez sekundę jego wymalowaną farbą jaźwę. Koncert powinien być w końcu okazją pozwalającą nie tylko usłyszeć na żywo artystę, ale także go zobaczyć. Nie mogłem więc nie zwrócić na to uwagi.

Pomimo problemu z widocznością było mi niezmiernie miło uczestniczyć w koncercie innym niż wszystkie pozostałe rapowe, na jakich byłem. Usłyszane na żywo „He’s a Mental Giant”, „I’m a Playa”, czy obłędna zwrotka z „Worldwide Choppers” zostaną na dłużej w pamięci. Nawet jeśli nie widziałem Techa to miło było zobaczyć podjaranych widzów, którzy doskonale wiedzieli po co się tam wczoraj zjawili.

Komentarze

komentarzy