Był sobie utwór, była zapowiedź teledysku, jest i obraz. Obawiam się, że to tyle. Całość stanowią ujęcia niczym z wycieczki krajoznawczej, poprzeplatane kadrami ze studia. Mam nadzieję, że chociaż efekt nagrania amatorską kamerą był zamierzony (bynajmniej nie nadaje to całości klimatu, ale powoduje delikatny zawrót głowy – jeśli ktoś lubi, można zapętlić). Odkładając żarty na bok – kawałek i teledysk sprawiają wrażenie, jakby Chrisette wrzuciła do garnka tysiąc składników, nie mając pojęcia co chce ugotować. Nic do siebie nie pasuje i mimo, że solo zacne, to jednak mija się z oczekiwaniami. Wy oczywiście możecie mieć inne zdanie. Sprawdźcie poniżej.


Komentarze