Relacja: Koncert How To Dress Well w warszawskim klubie 1500 m2

Data: 11 maja 2013 Autor: Komentarzy:

htdw1

Przypadkowe osoby na widok plakatów dotyczących wydarzenia zatytułowanego „How To Dress Well w 1500 m2” mogłyby pomyśleć, że w klubie przeprowadzony zostanie kurs dotyczący prawidłowego ubioru w miejscu pracy. Jeśli takie przypadkowe osoby faktycznie zjawiły się tego wieczoru w klubie na Solcu, musiały być zaskoczone poznając muzykę odzianego w żonobijkę pioniera nowej fali alternatywnego R&B.

Tom Krell (prawdziwe imię i nazwisko artysty odpowiedzialnego za projekt HTDW) na scenę wkroczył niemal punktualnie z zapowiedzianą godziną startu. Zanim wykonał pierwszy utwór, zebranym widzom już zdążyło narodzić się kilka pytań. Co oznaczał wyświetlany za sceną pejzaż? Po co wokaliście aż dwa mikrofony? Czy ten uśmiechnięty, żartujący sobie z publicznością koleś to na pewno autor tych intymnych, nieraz nabuzowanych negatywnymi emocjami, utworów?

Pokazywany w tle sceny obrazek wraz ze startem koncertu przekształcił się w projekcje filmów/animacji pomagających nam zagłębić się w schizofrenicznym klimacie poszczególnych utworów How To Dress Well. Podobną funkcję pełnił efekt wykorzystania dwóch mikrofonów, gdzie jeden służył do głównego wokalu, a drugi do wzbogacania go o odpływające wraz z falami melancholii echa. Taki kolejny nośnik szaleństwa Krella, idealnie spuentowany jego wypowiedzią: „teraz zagram utwór, który napisałem w duecie razem z samym sobą”.
htdw2

Jak już wspomniałem, uśmiechnięty, przeprowadzający zabawne próby mikrofony, zagadujący stojącego daleko widza człowiek zaskakiwał, jeśli patrzyło się na niego przez pryzmat intymnej, często klaustrofobicznej twórczości. Nie traktowałem tego jednak jako zamachu na autentyczność projektu How To Dress Well, bardziej jako możliwość poznania artysty od bardziej uczłowieczonej strony. O wiele bardziej ludzki – bo już nie przetworzony w ramach studyjnego nagrania – okazał się też jego wokal. Wokal ocierający się o pasma niedoskonałości, ale dzięki temu nabierający bardziej rzeczywistego wymiaru. Bis, podczas którego Krell zaśpiewał a capella i bez mikrofonu (nawet jednego), był kreacją nie do końca przymierzoną na siły piosenkarza, jednak niebywale zuchwałą.

Repertuar – skupiony przede wszystkim na promocji ostatniego zeszłorocznego albumu (Total Loss) – sprawdził się jak trzeba i to nie tylko jako intymne wyznania muzyczne piosenkarza, ale również jako pełnoprawny, imprezowy materiał. Zaskoczeniem nie było, ze singlowe „& It Was U” wprawiło publiczność w najlepszy nastrój, ale nie można też powiedzieć, ze był to jedyny moment przy którym publiczność mogła ożyć.

„Taki hipsterski Justin Timberlake… tylko przystojniejszy” – ktoś tam gdzieś tam z boku rzekł na sali. Ze względu na uznanie JT wśród hipstersko-pitchforkowych środowisk oraz na moją niewiedzę przy ocenie przystojności obu panów, nie jestem w stanie powiedzieć czy miał rację. Na pewno rację mieli ci, którzy wychodząc z koncertu zadowoleni byli ze spędzenia intensywnych pięćdziesięciu minut przy muzyce pana Krella oraz jego DJ’a (okazyjnie również skrzypka). How To Dress Well podczas występu miło wspomniał każdy swój dotychczasowy koncert w Polsce. My również będziemy.

Komentarze

komentarzy