Zapraszam do lektury pilotażowego odcinka nowego cyklu na soulbowl.pl. W „That ’70s Bowl” prezentować będę selekcję moich ulubionych „czarnych” albumów, które wydane zostały w złotej erze soulu i funku, to znaczy w latach 1970-1979. Wśród polecanych przeze mnie pozycji znajdą się takie, które są niewątpliwymi klasykami, ale również i takie, które z jakiejś przyczyny nie zapisały się tak głęboko w świadomości słuchaczy. Mam nadzieję, że spodoba się Wam taka odskocznia od pościgu za nowościami. Liczę też, że uda mi się kolejne odcinki cyklu publikować w miarę hmm… cyklicznie. Na pierwszy ogień przedstawię Wam płytę, która zapoczątkowała jeden z najważniejszym dla mnie (pod)nurtów czarnej muzyki. Make my funk the p-funk, i want to get funked up!
– Chojny
Parliament
Osmium (1970)
Invictus
Trudno jest precyzyjnie określić czym jest Osmium. Najczęściej album ten uważany jest za debiut grupy, a nie jest to też do końca prawda. Przed Parliament było The Parliaments, wokalna grupa doo-wopowa działająca od końca lat pięćdziesiątych. Założony przez George’a Clintona kwintet – w przeciwieństwie do wszystkiego co działo się później – mocno trzymał się muzycznych tradycji i poza ciepło przyjętym singlem „(I Wanna) Testify” niczego poważnego słuchaczom nie zaoferował. Wydane w 1970 roku pod lekko zmienioną nazwą grupy Osmium było ich pierwszym długogrającym projektem, ale bardziej niż „debiut” pasuje tutaj jednak pojęcie „świeży start”.
Warto zauważyć, że w tym samym roku wydany został debiutancki album bliźniaczej grupy Clintona, czyli Funkadelic. To, w jaki sposób ci muzycy potrafili prowadzić równolegle dwa odmienne projekty, do dziś wzbudza podziw słuchaczy i innych artystów. W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych George bardziej skoncentrowany był jednak na Funkadelic charakteryzującym się wówczas cięższym gitarowym brzmieniem, inspiracjami bluesem, Jimim Hendrixem, czy nawet początkowymi stadiami rozwoju heavy metalu. Jeśli chodzi o Parliament, to dopiero po 1974 roku (po wydaniu albumu Up For The Down Stroke) Clinton zdecydował czym dokładnie będzie ten projekt i zaczął rodzić w swojej przepełnionej LSD głowie opowieści o Gwiezdnym Dziecku, Sir Nose D’voidoffunku, Doktorze Funkensteinie i jego niezwykłej broni. Nagrane cztery lata wcześniej Osmium było zupełnie inne i nieporównywalne z jakimkolwiek z pozostałych dzieł p-funkerów.
Pierwszą zasadniczą różnicą między ówczesnym Parliamentem a Funkadelic było to, że ten pierwszy projekt był zdecydowanie lżejszy. Można się o tym przekonać już porównując otwierające tracki z obu debiutanckich albumów. Projekt Funkadelików próbował nam odpowiedzieć na pytanie „Mommy What’s A Funkadelic?” niekończącym się, ociężałym, momentami mrocznym, bluesowo-funkowym jamem. Co proponował nam Parliament na początek? Dobrą zabawę przy maksymalnie pozytywnym i zabawnym lirycznie „I Call My Baby Pussycat”. Notabene numer ten przemyca pewne motywy z debiutu bliźniaczej grupy, a być może przepowiada nam pewien nadchodzący solowy hit George’a („I don’t know, but I’ve been told That dogs are man’s best friend…”). Takich właśnie przepełnionych funk rockową energią, wyciągających wnioski z lekcji Sly’a Stone’a i Jamesa Browna hitów tutaj nie brakuje.
Wielką rolę odgrywało tutaj dwóch arcyważnych później p-funkowych instrumentalistów. Pierwszym był gitarzysta Eddie Hazel, najbardziej znany z zarobaczenia nam mózgów jedną z największych gitarowych solówek w historii muzyki rozrywkowej. „Maggot Brain” miało dopiero nastąpić, ale już na Osmium było widać, że Eddie z gitarą może zrobić co tylko zechce – pod warunkiem, że ma to związek z tworzeniem najwyższej klasy muzyki. Jego riffy — choć nie zawsze podpisane w liner notesach albumu — atakowały nas z każdej strony. Dzieła dopełniał drugi wielki p-funker — Bernie Worrell. Ten wielki klawiszowiec nie romansował wtedy jeszcze z syntezatorem Mooga, ale na tradycyjnych instrumentach również błyszczał. Doskonałą konfrontacją stylów obojga muzyków jest tutaj „Funky Woman”, gdzie oparty na agresywnych gitarowych wejściach track przerywany jest przez zakręcone wstawki na organach. Czym jednak byłby ten świetny instrumental bez równie zwariowanego tekstu („She hung them on the wall/The roaches refused to crawl/She threw them on the roof/The roof turned bullet proof”)?
Skoro jesteśmy przy tekstach, warto zwrócić uwagę na kolejną charakterystyczną cechę tejże płyty –– w wielu momentach poważną, zaangażowaną w problematykę ówczesnego społeczeństwa warstwę tekstową. Oczywiście później Clinton również zabierał głos w wielu aktualnych sprawach („Chocolate City”, „Electric Spanking On War Babies” i tak dalej), ale wtedy wolał już ubierać swoje myśli przepełnioną kosmicznymi metaforami satyrę. Na Osmium treść podawana jest bezpośrednio, ale za to na złotej tacy. „Moonshine Heather” jest gorzką opowieścią o matce chwytającej się każdej szansy na utrzymanie swojego licznego potomstwa, „Oh Lord, Why Lord/Prayer” jest zapytaniem tam do góry o przyczyny rasizmu, a „Livin’ The Life” celuje w rosnące w tamtych czasach zainteresowanie problematyką degradacji środowiska. Genialnym lirycznie momentem jest przygnębiająca i piękna zarazem pieśń o przemijaniu życia („The Silent Boatman”).
Muzycznie Osmium to nie tylko zastrzyk funk rocka w czystej postaci. Wielką rolę odgrywają tutaj również naleciałości gospelowe, objawiające się na płcie kilkukrotnie. To jest jednak nic przy „Little Old Country Boy”, w ramach którego p-funkerzy jodłują, szarpią za stalowe struny i opowiadają komiczną historię wyśmiewającą stereotypy oscylujące wokół muzyki country. Innymi ciekawymi eksperymentami jest satyryczne „My Automobile” w konwencji rockabilly, czy wspomniane „The Silent Boatman” z sekwencjami granymi na dudach. Wszystko się tutaj może zdarzyć, a najwięcej chyba w samym „Put Love in Your Life”.
Dostać w dzisiejszych czasach pierwsze wydanie tego albumu to nie lada wyzwanie. Jeśli kogoś nie pociesza fakt, że album doczekał się co najmniej kilku kompaktowych reedycji (również pod tytułami Rhenium i First Thangs), to warto wspomnieć o obecnych tam bonus trackach. Nowe wydania płyty wzbogacone zostały o kilka luźnych utworów z przełomu lat 60/70 — pisanych na potrzeby zarówno grupy jak i znajomych (na przykład z wokalistką Ruth Copeland). Doskonała okazja by poznać jeszcze bardziej psychodeliczne oblicze wczesnego Parliamentu („Loose Booty”) oraz żeby usłyszeć „Come In Out of the Rain” — chyba najmocniejszy p-funkowy protest song, jaki kiedykolwiek powstał („The President’s talkin’ ’bout change/But nobody’s got sense enough to come in out of the rain”).
Nie jest tajemnicą, że Clinton szerokie grono słuchaczy zaskarbił sobie dopiero wydając Maggot Brain. Tajemnicą nie jest również to, że złota era p-funku przypada raczej na drugą połowę lat siedemdziesiątych (plus początek osiemdziesiątych). Mimo wszystko warto być świadomym tego, czym Parliament/Funkadelic było w 1970 roku i jakie idee stały za ich muzyką, z jakich pokładów czerpana była inspiracja. Choćby po to by wiedzieć, że odstawiwszy psychodeliczną otoczkę i gwiezdną mitologię wciąż będziemy mieli do czynienia z doskonałą muzyką autorstwa pękającej w szwach od nadmiaru talentów grupy. Dzisiaj wielu artystów szuka złotego środka między muzyką a tym co dzieje się wokół niej. Latający Cyrk George’a Clintona po prostu potrafił i jedno i drugie.
1. „I Call My Baby Pussycat”
2. „Put Love in Your Life”
3. „Little Ole Country Boy”
4. „Moonshine Heather”
5. „Oh Lord, Why Lord/Prayer”
6. „My Automobile”
7. „Nothing Before Me But Thang”
8. „Funky Woman”
9. „Livin’ the Life”
10. „The Silent Boatman”
BONUS:
„Red Hot Mama”
„Come In Out of the Rain”
„Fantasy Is Reality”
„Breakdown”
„Loose Booty”
„Unfinished Instrumental”



Komentarze