
TGT
3 Kings (2013)
Atlantic

Tyrese, Ginuwine i Tank już od kilku lat planowali połączenie sił i stworzenie supergrupy. Cel udało się zrealizować, a jego swoistym przypieczętowaniem okazało się wydanie debiutanckiego albumu jako zespół TGT. Debiut ten został podparty ogromnym doświadczeniem wszystkich trzech wokalistów, którzy łącznie nagrali 17 solowych płyt. Choć lata swojej największej sławy mają już za sobą, postanowili wspólnie powrócić do gry i udowodnić, że obecnie jest miejsce dla — ich zdaniem — prawdziwego R&B. W tym przypadku prawdziwe nie oznacza niestety najlepsze.
Powstanie grupy solidnej, mocnej wokalnie i opartej na indywidualnej popularności każdego z członków wydaje się bardzo mądrym rozwiązaniem. Szczególnie w sytuacji istnienia pewnej luki na rynku muzycznym. Współcześnie zdecydowanie brakuje męskich zespołów R&B, których było aż nadto w latach dziewięćdziesiątych. Należy jeszcze nagrać porządny i ciekawy materiał, a sukces jest gwarantowany. I nie da się ukryć, 3 Kings, całkiem nieźle radzi sobie na amerykańskiej liście najchętniej kupowanych albumów ostatnich dni. Jednak realna wartość debiutu TGT właściwie na tym się kończy. Wśród 15 utworów żaden nie wyróżnia się wystarczająco, by z pewnością stwierdzić, że będzie się do niego wracać za jakiś czas. Jedynie pierwszy singiel „Sex Never Felt Better” zasługuje na wielokrotne odtworzenie. Wszystko działa tutaj jak należy — porządnie przygotowany i zapadający w pamięć podkład, dobra melodia czy wokale, które układają się w doskonałe harmonie, a dodatkowo są zaplanowane tak, że w każdej zwrotce i refrenie wyeksponowano innego członka grupy. Reszta materiału, choć wcale nie zła, wydaje się wtórna, zdominowana przez niby różne, ale wciąż takie same ballady. Nawet zmiana tematyki utworów nie przynosi wiele korzyści — kwestie miłosnych uniesień, rozstań i powrotów brzmią zdecydowanie lepiej niż „It ain’t no fun if the homies can’t have none/ So let’s share”. W przypadku trzech dojrzałych mężczyzn kreujących w minionych latach wizerunek muzyki R&B, śpiewanie czegoś takiego wydaje się zwyczajnie nie na miejscu. Równie niezrozumiałe jest wykorzystanie auto-tune’a w „OMG”, skoro wszyscy panowie dysponują bardzo dobrymi głosami. Oczywiście na albumie znajdują się ciekawe nagrania — elektryzujące „Explode”, „Hurry” z pianinem w tle czy przyjemne „Weekend Love”. Jednak to ciągle za mało jak na weteranów w dziedzinie rhythm and bluesa.
W wielu wywiadach Tyrese, Tank i Ginuwine przekonywali, że celem ich wspólnej twórczości jest pokazanie, że w dzisiejszym mainstreamie nie trzeba iść w stronę electropopowej papki. Plan przywrócenia dawnego, wartościowego rhythm and bluesa nie został jednak właściwie zrealizowany. 3 Kings jest jedną z wielu takich samych płyt. Nie ma tu perełek na miarę „Differences” Ginuwine’a. Żaden z utworów nie dorównuje nawet „Sweet Lady” Tyrese’a, a ballady dalekie są od poziomu „Please Don’t Go” Tanka. Brakuje też choć jednego chwytliwego, bardziej dynamicznego numeru, które w swoich solowych dokonaniach wokaliści niekiedy przecież prezentowali. Do powstania 3 Kings przyczyniło się kilkunastu producentów, a sam utwór „Hurry” pisało aż 7 osób. Liczby przekładają się oczywiście na jakość, ale na różnorodność już nie.
Grupie należą się brawa za to, że nie idą na skróty. Nie wybierają łatwej drogi i swoją twórczość konsekwentnie osadzają w ramach muzyki R&B, która obecnie bardzo często ukierunkowana na masowego odbiorcę traci swoją właściwą charakterystykę. Wywołuje to tęsknotę za brzmieniami chociażby z lat ’90. Niektórym udaje się w umiejętny sposób wykorzystać zapotrzebowanie na powrót do dawnych wzorców. Dodając coś od siebie, uzyskują nową wartość i przywracają znaną z wcześniejszych dekad muzykę w nowej odsłonie, bogatą we współczesne trendy i inspiracje. Niestety nie wystarczy tak po prostu odtworzyć tego, co już kiedyś było i zostało wiele razy zaprezentowane. Tyrese, Ginuwine i Tank nadal pozostają dla mnie trzema królami w swojej dziedzinie — jednak bardziej każdy z osobna niż wszyscy razem.


Komentarze