Recenzja: Ariana Grande Yours Truly

Data: 1 września 2013 Autor: Komentarzy:

Ariana Grande

Yours Truly (2013)

Republic

Czy to przypadek, że debiutancki krążek Ariany Grande ukazuje się równo 20 lat po multiplatynowym Music Box Marii Carey? Wówczas, pomimo olbrzymiego sukcesu komercyjnego napędzonego przez cztery masywne przeboje, na Carey posypały się gromy ze strony krytyki. Zarzucano jej brak ostrości i energii w porównaniu do wcześniejszych wydawnictw. W tym kontekście nawet ciekawsze wydaje się jak zareagowano by na któryś z ostatnich krążków Carey albo na wydany właśnie debiut zaledwie dwudziestoletniej, choć sprawiającej nawet wrażenie młodszej, Ariany Grande, który choćby bardzo chciał, nie może uciec od oczywistych porównań właśnie z twórczością Carey.

Grande pojawiła się znikąd. W marcu, zupełnie nagle, jej pierwszy singiel, „The Way” z towarzyszeniem Maca Millera, zadebiutował w pierwszej dziesiątce amerykańskiego Hot 100. Okazało się, że dziewczyna była już doskonale znana młodszej publiczności z programów amerykańskiej stacji Nickelodeon. Historia jednak nie traci na niezwykłości, gdy uważnie przysłuchamy się rzeczonej piosence, która brzmi jak rasowy wakacyjny jam R&B z lat 90., i to nawet pomimo łagodnej, radiowej produkcji, która doskonale tworzy pozory do przemycenia jej, jako czegoś nie do końca przystającego, na playlistę pełną takich samych numerów. Piosenka jest rzecz jasna mocno nastoletnia zarówno w wymowie, jak i w brzmieniu, ale dzięki temu zdobywa tylko dodatkowe punkty jako niezobowiązujący popowy przebój. „Niezobowiązujący” to zresztą słowo klucz do muzyki Grande, bo w dokładnie takiej samej stylistyce utrzymana jest i reszta Yours Truly.

Ale nie mogło być inaczej — Grande nigdy nie kryła swojej fascynacji R&B, a wśród producentów jej krążka znaleźli się Babyface (którego drugie imię brzmi przecież „lata 90.”) i Harmony Samuels, odpowiadający w ostatnich latach za zachowanie klasycznego brzmienia gatunku (m.in. na tegorocznych krążkach Fantasii i Kelly Rowland). Ale na tym nie kończą się zalety Yours Truly — do pierwszorzędnej produkcji i nostalgicznego klimatu, należy dodać jeszcze, a może przede wszystkim, cztery oktawy i słynny rejestr gwizdkowy Grande oraz umiejętność frazowania i zręcznego dozowania emocji, której brakuje zbyt wielu współczesnym piosenkarkom. No i songwriting, bo chociaż warstwa tekstowa płyty jest bardzo konwencjonalna, by nie napisać — sztampowa, krążek wypełniają przede wszystkim mocne melodie, z których bezbłędnie wyegzekwowano to, co w nich najlepsze. „Baby I” i „You’ll Never Know”, najbardziej słoneczne punkty płyty, kunsztownie hołdują numerom pokroju „Fantasy” czy „Honey” z katalogu Carey, a pierwszy z nich czyni przy tym cuda z klasycznym „Yeah yeah yeah yeah yeah” z „I Wanna Be the Only One” Eternal; w „Almost Is Never Enough” Grande i wspomagający ją wokalnie Nathan Skyes tworzą duet w tonie kolaboracji Vanessy Williams z Brianem McKnightem; a oparte o fortepianowy motyw „Piano” z powodzeniem wskrzesza te same pozytywne emocje, które przed laty płynęły z piosenek Shanice czy Janet Jackson.

To w istocie dość staroświecka płyta — traktująca w dużej mierze o młodzieńczej miłości do bliżej nieokreślonego ukochanego. Ale choćby utworom brakowało głębi, nie sposób nie uwierzyć, że Ariana naprawdę czuje to, co śpiewa. To miła odmiana w czasach, gdy najlepiej sprzedającym się tematem jest seks i swoisty powrót do czasów niewinności muzyki popularnej przełomu lat 50. i 60., podlegającej konwenansom, nieskażonej jeszcze rock’n’rollem (posłuchajcie otwierającego „Honeymoon Avenue” czy doo-wopowego „Tatooed Heart”). Objawia się to także w formie płyty — zamkniętej, jakby z obowiązku, w tradycyjnie przyjętej liczbie dwunastu piosenek. A szkoda, bo jedyna klasyczna ballada na płycie, „Almost Is Never Enough”, wydaje się idealnym zamknięciem i podsumowaniem krążka. Tymczasem, chyba w ramach jakiegoś chybionego eksperymentu, na albumie umieszczono jeszcze dwa numery — balonowy singiel z ostatniego krążka Miki, „Popular” i EDM-owy flirt, paradoksalnie zatytułowany „Better Left Unsaid” (no właśnie!), który, miejmy nadzieję, nie wskazuje swoją pozycją na płycie kierunku, w jakim piosenkarka zamierza podążać. Ale nawet te dwa dziwaczne numery są kunsztownie wyprodukowane i o dziwo nie psują pozytywnego wrażenia, jakie zostawia po sobie całość.

Yours Truly to album, jaki chciałaby, pomimo nieuchronnie upływającego czasu, nagrać teraz Mariah Carey. Wyobrażam sobie nawet, jak ze złości ciska krążkiem Ariany o ziemię, krzycząc i przesuwając premierę swojej kolejnej płyty na następny rok. Gdybyśmy jednak chcieli porównać debiut Grande do pierwszego longplaya Carey sprzed dwudziestu trzech lat, Yours Truly wydaje się niedojrzałe, naiwne, momentami może nawet dziecinne. Na szczęście bez trudu można to obrócić w żart albo zrobić z tego atut — wszak najwięcej muzycznego funu daje właśnie takie granie — niewinne i niezobowiązujące, a Yours Truly to w tej dziedzinie swoiste mistrzostwo świata.

Komentarze

komentarzy