Wydarzenia

Recenzja: A$AP Ferg Trap Lord

Data: 5 września 2013 Autor: Komentarzy:

Trap Lord

A$AP Ferg

Trap Lord (2013)

ASAP Worldwide / Polo Grounds / RCA

Kiedy kilka miesięcy temu słuchałem kompilacji grupy A$AP Mob, było dla mnie rzeczą oczywistą, kto z kliki na dużej scenie pojawi się po Rockym. I choć muzyka A$AP Ferga nie rzuciła mnie wtedy na kolana, czułem potencjał, jaki w nim drzemie i wiedziałem, że to on będzie następny! Jedyną niewiadomą było to, czy zdoła dosięgnąć poprzeczki wysoko postawionej przez bardziej znanego kolegę i wyjść spod jego cienia. Mocno zaryzykował i to, co miało być darmowym mixtapem wydał od razu jako płytę długogrającą. Ryzyko jednak się opłaciło i Trap Lord — debiutancki album rapera z Nowego Jorku w końcu ujrzał światło dzienne. Rozpoczynamy sezon Króla Trapu!

Nie było chyba dla nikogo zaskoczeniem w jakim kierunku poszedł Ferg. Choć trap ze swojej oryginalnej formy wyewoluował ostatnio dość dalece w elektronikę, raper nie zdecydował się na tego typu eksperymenty i stanowczo postanowił trzymać się hip-hopu. Była to najlepsza decyzja jaką mógł podjąć, bo efektem jest naprawdę solidny album. Nie brakuje na nim ciężkich i monumentalnych podkładów w stylu Lexa Lugera z porządnym basem, cykaczami i melodyjnym tłem z nutą ambientu. Z tymi zimnymi i surowymi produkcjami dość ironicznie kontrastują powolne i momentami nawet śpiewane przez samego rapera kawałki takie jak „Hood Pope” czy „4:02” (w którym Ferg chyba celowo naśladuje typowe dla Kid Cudiego mruczenie). Dodajmy do tego wszystkiego skrzeczący głos podobny do wokalu Danny’ego Browna i pobrzmiewające w tle wymyślne dźwięki żywcem wyjęte z filmów Alfreda Hitchcocka — dostaniemy album tak kuriozalny, że aż zabawny, którego jednak z przyjemnością słucha się do samego końca.

Trap Lord to zdecydowanie nie poezja do interpretacji. To zbiór bujających klubowych bangerów, w których strona liryczna schodzi na drugi plan i ogranicza się do ciągłej gloryfikacji talentów, bogactwa i walorów fizycznych rapera oraz gróźb pozbawienia kogoś życia. W tym szaleństwie jest jednak metoda. A$AP Ferg to w końcu nie Pretty Flacko, grzeczny chłopiec z Nowego Jorku, ale prawdziwy (albo bardzo efektownie udawany) gangster z Harlemu, nowy naszpikowany złotem Shabba Ranks, papież osiedla, mieszkający w zamku z kokainy Król Trapu. Jego debiut nie jest może tak udany jak album Rocky’ego — jest przede wszystkim inny, a przecież to różnorodność jest tym, czego tak bardzo pragniemy w muzyce.

Komentarze

komentarzy