Relacja z festiwalu Original Source Up To Date

Data: 27 września 2013 Autor: Komentarzy:

Na zakończenie pełnego dobrej muzyki, słońca i pozytywnej energii lata, ekipa Soulbowl postanowiła wybrać się na jeden z bardziej interesujących niszowych festiwali w Polsce; Original Source Up To Date. Jako, że była to moja pierwsza tego typu wizyta na Podlasiu, byłem mocno zaciekawiony efektem końcowych starań organizatorów. Na papierze wszystko wyglądało świeżo i pomysłowo — zaczynając od programu imprezy a kończąc na marketingowych działaniach promujących wydarzenie. Jak natomiast było w praktyce? Poniżej trochę o tym jak się bawiłem na czwartej już edycji Up To Date.

Po pierwsze, kilka słów na temat samej organizacji eventu. Biorąc pod uwagę sprawy czysto formalne, wszystko przebiegało bez problemów. Dojście na festiwal było odpowiednio oznaczone i widoczne dla wszystkich. Nie wiem jak zwykli śmiertelnicy, ale my jako tak zwana prasa nie czekaliśmy na opaskę więcej niż dwie minuty. Z tego co słyszałem od znajomych, też nie narzekali. Dobrym rozwiązaniem było także uatrakcyjnienie festiwalu o takie elementy jak stoisko z tanimi winylami, nie wspominając już o obowiązkowej strefie gastro. Pierwszy egzamin z organizacji zaliczony.

Skupmy się jednak na tym co najważniejsze. Spoglądając na plan i czytając nazwiska poszczególnych artystów, czułem się troszkę jak na zajęciach fizyki w liceum — dużo informacji naraz i totalna pustka w głowie. Oprócz naszych legendarnych hip-hopowych dinozaurów w postaci JWP czy Molesty*, lub też nieco nowszych na scenie W.E.N.Y, Małpy, Zeusa i Bisza*, mój mózg zupełnie nie kojarzył całej rzeszy DJów i producentów proponowanych przez twórców festiwalu. Jakkolwiek niepoważnie by to brzmiało, postanowiłem wykorzystać sytuację i otworzyć swój umysł na masę nowej i ekscytującej muzyki. W końcu co może być lepszego od dawki świeżych, nieznanych do tej pory szarym komórkom dźwięków i zimnego piwa w dłoni? Z takim nastawieniem powędrowałem między innymi na występy reprezentantów Wysp Brytyjskich; mistrza połamanej elektroniki Synkro i prezentującego wykwintną mieszankę dubstepu i d’n’b Culprate’a.

Obydwaj panowie spisali się bardzo dobrze, dostarczając dobrej jakości miksy i wyszukaną selekcję. W pierwszy dzień Synkro zaskakiwał nas sporymi zmianami tempa, lecz były one na tyle subtelne i spójne, że z dużą przyjemnością człowiek dostosowywał się do tego co serwował za deckami kolega z Wielkiej Brytanii. Duża pochwała należy się także publice, która zazwyczaj buja się jedynie do tego co znane i przyjemne, a wszystko co pokrzywione i dalekie od normy odrzuca bez wahania. Tym razem było kompletnie inaczej i gdyby zamknąć na chwilę oczy, to w wyobraźni malował się obraz zadymionego klubu gdzieś na pograniczu centrum i przedmieść Manchesteru, gdzie na co dzień grywa zdolny rudzielec. Co do występującego w drugi dzień festiwalu Culprate’a, cóż, nie wiele mogę rzec. Chłopina dał solidny set pełen okrutnie mocnego basu i pięknej walącej po głowie perkusji. Wniosek jest z tego taki, że jakiejkolwiek muzyki drogi czytelniku nie słuchasz, koniecznie powinieneś kiedyś doświadczyć porządnego dubstepu na żywo — takiego prawdziwego pierdolnięcia. Lećmy dalej.

Po całkiem przyjemnej dawce brytyjskiej elektroniki przyszedł czas na to co lubimy najbardziej. Gdy Clicks & Whistles postawili stopy na świetnie przygotowanej scenie Beats,  za bardzo nie miałem pojęcia czego się spodziewać. Coś tam wcześniej przeczytałem, że pochodzą z Charlotte, ale tak jak Wam, niewiele mi to powiedziało. Dopiero gdy w powietrzu zaczęły się unosić niskie i ciężkie fale rozbrzmiewającego powoli basu, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Gracze ze Stanów zaoferowali wszystkim uczestnikom świetny miks pełen południowego rapu, trapu (nie tego, którego autorem jest Chief Keef na spółkę z Young Chopem) i innych tego typu wynalazków, które jak dla mnie mogłyby trwać już do rana. Po występie wyżej wymienionych panów przyszedł czas na kolejnego gościa zza oceanu — Eproma, którego jednak sobie odpuściłem, bo po godzinnym rejwie z C&W potrzebowałem małej przerwy na fajeczke i zimne piwo.

Co było potem? No tak, jeszcze więcej trapu. Od początku wiedziałem, że ksywka Munchi musi przynieść coś dobrego. Jak na gościa, który sądząc po wyglądzie spokojnie mógłby być jednym z synów Boba Marleya, radził sobie całkiem nieźle w elektronicznych klimatach. Ujmując to bardzo krótko i dogłębnie — zaserwował mieszankę wszystkiego co możliwe. Zaczynając od zabarwionego tropikalnymi samplami trapu, artysta zagrał sporo moombathonu, lecz nie zapomniał także o wpleceniu kilku drum’n’bassowych perełek w swój DJski set. Było mocno i wyczerpująco, dlatego po kolejnej godzinie spędzonej na wprost głośników dałem sobie na chwilę spokój z mocnymi dźwiękami spod szyldu Beats i powędrowałem w trochę spokojniejsze rejony, czyli scenę Home Sweet Home, gdzie swój showcase prezentowała ekipa U Know Me Records.

Takich zawodników jak Teielte, Daniel Drumz, Galus czy Buszkers nie trzeba nikomu przedstawiać. Warszawska ekipa po raz kolejny udowodniła, że stoi na czele podziemnej polskiej muzyki elektronicznej. Wszyscy wymienieni artyści uraczyli publikę swymi pełnymi smaczków setami, z czego każdy był na swój sposób inny. Podsumowując pełny występ, chłopaki dostarczyli nam całe spektrum elektroniki z elementami funku i rapu, nie ograniczając się do jednej odmiany gatunku. Porządnie wykonany showcase, za co należą się słowa uznania.

No tak, ale gdzie w tym wszystkim takie postacie jak Mike Parker czy Rrose? Nie byłbym sobą, gdyby moja ciekawość nie pokierowała mnie na nieco obcy teren, czyli scenę Technosoul. Jak sama nazwa wskazuje, klimaty mocno nie miskowe, ale jak to mówi słynne powiedzenie, who cares? Z dużą ostrożnością przemieściłem się przed decki, odbijając się po drodze od kilku będących mocno w transie techno-nerdów, a gdy już się tam dostałem, poczułem o co w tym wszystkim chodzi. Stopa waląca po całym ciele z prędkością światła była przeżyciem dosyć specyficznym — z jednej strony pozwalała na złapanie rytmu, a z drugiej brakowało rosnącego napięcia i popuszczenia emocji w stylu stopa & werbel. Moje techno doświadczenie trwało około 30 minut, ale myślę, że jak na początek przygody z tym podgatunkiem elektroniki to całkiem nieźle. Po przebudzeniu się na drugi dzień sprawdziłem co zapisałem w telefonie podczas setu Parkera; „słuchanie techno i zabawa przy tej muzyce to dwie różne sprawy”. O ile przyjemnie buja się do minimalu i pokrewnych gatunków w domowym zaciszu, o tyle całonocny raving jest dla mnie jeszcze misją niewykonalną — ale przecież o to w tym festiwalu chodzi; różnorodność i piękno wszystkiego co dobre ponad jakiekolwiek podziały między gatunkami. Up To Date udowodnił, że istnieje festiwal, na którym spotykają się fani rapu, techno i wszystkiego co pomiędzy, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Ocena końcowa — piątka z plusem. Oby tak dalej!

Poniżej kilkanaście zdjęć z imprezy.

Fot. Przemysław Sejwa:

www.studiowasabi.pl www.studiowasabi.pl www.studiowasabi.pl www.studiowasabi.pl www.studiowasabi.pl www.studiowasabi.pl

Fot. Natalia Kalina:

nataliakalina-zajawki2-2013-01 nataliakalina-zajawki2-2013-31 nataliakalina-zajawki2-2013-11 nataliakalina-zajawki2-2013-19 nataliakalina-zajawki2-2013-20 nataliakalina-zajawki1-2013-29 nataliakalina-zajawki1-2013-32

*Wszystkich fanów rapu zapraszamy do komentarzy i dzielenia się opiniami na temat tego, co działo się na Hip-Hop Tencie. W tym roku z przyczyn opisanych powyżej postanowiłem odpuścić rapsy. Nie można mieć wszystkiego!

Ponadto, jeśli ktoś z Was też coś przegapił i bardzo tego żałuje, to ma szansę do nadrobienia zaległości. W sobotę 28.09 na Węglowej 8 będziecie mogli być uczestnikami after party Up To Date, które oscylować będzie wokół dźwięków wschodniej kultury. Po garść bardziej konkretnych informacji zapraszamy na oficjalne wydarzenie na facebooku.

Komentarze

komentarzy