Recenzja: Pusha T My Name Is My Name

Data: 13 października 2013 Autor: Komentarzy:

My Name Is My Name

Pusha T

My Name Is My Name (2013)

G.O.O.D. Music / Def Jam

Debiutancki — czy to określenie jest aby na miejscu mówiąc o pierwszym solowym albumie Pushy T, człowieka, który ma za sobą dwadzieścia lat doświadczenia w rapowaniu i kilka niezłych projektów na koncie? Po rozpadzie kultowego duetu Clipse przygarnięty przez Kanyego Westa do obozu G.O.O.D. Music, szybko wszedł na muzyczne salony, albo raczej, w odróżnieniu od brata, nigdy z nich nie wyszedł, a jedynie pewniej się na nich rozgościł. Na wydanych dwa lata temu Fear of GodFear of God II: Let Us Pray pokazał klasę i zaostrzył smak na więcej, ale już tegoroczne Wrath of Caine i eksperymenty z modnym dziś trapem mogły wzbudzić pewne wątpliwości. A przecież potencjał i możliwości rapera są niewyobrażalnie duże. Biorąc pod uwagę protekcję samego Westa i niepodważalny talent Pushy, postawiona przez niego samego teza odnośnie My Name Is My Name mogła okazać się prawdziwa: album roku?

Wielu spodziewało się zapewne surowego materiału — minimalistycznego, ale bardziej hip-hopowego następcy Yeezusa, na którym tematem przewodnim będzie jak zawsze biały proszek o działaniu psychoaktywnym. I taka w istocie jest spora część płyty. Zimne i proste w swej budowie uliczne hymny takie jak „Numbers on the Boards” czy „Nosetalgia”, żywsze, majestatyczne, otwierające album przy dźwiękach werbli „King Push” czy wreszcie mroczne „Sweet Serenade” i „Pain” to w dużej mierze produkcje samego Westa przy współpracy m.in. z Sebastianem Sartorem, Swizzem Beatzem, Nottzem czy Hudsonem Mohawke. Ten ostatni razem z niejakim Beewirksem mocno ożywił nastrój płyty w „No Regrets”. Drugą, zdecydowanie krótszą, ale za to „cieplejszą” częścią krążka zajęli się przede wszystkim Pharrell Williams i The-Dream. To dzięki nim udało się przywołać oldschoolowego ducha Clipse. „Suicide”, „Let Me Love You” i „S.N.I.T.C.H.” brzmią jak żywcem wyjęte z czasów Lord Willin’Hell Hath No Fury.

Największym atutem My Name Is My Name jest naturalnie sam Pusha T. Jak podkreśla, nie jest ani producentem, ani gościem od refrenów. Nie wtrącał się nawet w oprawę graficzną albumu (która także zasługuje na wzmiankę). Jest po prostu raperem — „I rap nigga ‘bout trap niggas, I don’t sing hooks”. Swoim przybrudzonym głosem, psychodelicznym flow z charakterystycznymi ad-libsami i talentem do składania wersów potrafi nawet nudną produkcję zamienić w rewelacyjny numer. Niemniej świetnie rozdzielił role aż dwunastu zaproszonym gościom. Każdy, tak jak gospodarz, robi tutaj to, co potrafi najlepiej, z Future’em i jego lekko zafałszowanym refrenem włącznie. Nie sposób nie wspomnieć także o obecnych gwiazdach pop i R&B, które wprowadziły tu niezwykły powiew świeżości. Co prawda nieco komicznie brzmią szesnastki wszędobylskiego 2 Chainza i podupadającego powoli w swojej ambicji Big Seana. Szkoda też, że zwrotka Kanyego z „Who I Am” została wycięta, a ten ostatecznie ograniczył się do przesyconych auto-tunem chórków w soulowo-elektronicznym „Hold On”.

My Name Is My Name to dwunasto-epizodowa opowieść o tym, kim był i jest Pusha T. Opowieść na pozór chaotyczna, bo każda jej część jest inna, ale ta zmienność nastrojów pokazuje tylko jaki jest autor i jego życie. Nic nie trwa tu dłużej niż przysłowiowe „pięć minut”. Odważne wersy z pogróżkami zabójstwa łączą się bez wyraźnych granic ze wspomnieniami trudnego dzieciństwa. Przewijający się przez cały czas motyw kokainy, Terrence potrafi błyskotliwie wykorzystać na swoją korzyść — śmiało wytyka brak autentyczności kolegom z branży, pseudo-gangsterom, którzy nigdy nie sprzedali ani grama białego proszku. Z drugiej strony dochodzi do konfrontacji z Kendrickiem Lamarem, który jako dziecko musiał patrzeć na ojca ćpającego to, co sprzedawał niegdyś Pusha. Ten jednak, koniec końców, nie ma jakichkolwiek wyrzutów co do swojego postępowania, czemu wyraz daje w tryumfalnym „No Regrets”.

Czy to wszystko jednak wystarczy aby uhonorować ten krążek tytułem albumu roku? Myślę, że trudno będzie Pushy T załapać się nawet do ścisłej czołówki — konkurencja jest bowiem duża, a on sam wciąż chyba nie jest traktowany na tyle poważnie, by szersze grono doceniło jego dzieło. Mimo to, w swoim gatunku, My Name Is My Name jest jedną z najważniejszych pozycji 2013 roku. Wielu zgodzi się z tym zapewne dopiero po latach.

Komentarze

komentarzy