
Pusha T
My Name Is My Name (2013)
G.O.O.D. Music / Def Jam

Debiutancki — czy to określenie jest aby na miejscu mówiąc o pierwszym solowym albumie Pushy T, człowieka, który ma za sobą dwadzieścia lat doświadczenia w rapowaniu i kilka niezłych projektów na koncie? Po rozpadzie kultowego duetu Clipse przygarnięty przez Kanyego Westa do obozu G.O.O.D. Music, szybko wszedł na muzyczne salony, albo raczej, w odróżnieniu od brata, nigdy z nich nie wyszedł, a jedynie pewniej się na nich rozgościł. Na wydanych dwa lata temu Fear of God i Fear of God II: Let Us Pray pokazał klasę i zaostrzył smak na więcej, ale już tegoroczne Wrath of Caine i eksperymenty z modnym dziś trapem mogły wzbudzić pewne wątpliwości. A przecież potencjał i możliwości rapera są niewyobrażalnie duże. Biorąc pod uwagę protekcję samego Westa i niepodważalny talent Pushy, postawiona przez niego samego teza odnośnie My Name Is My Name mogła okazać się prawdziwa: album roku?
Wielu spodziewało się zapewne surowego materiału — minimalistycznego, ale bardziej hip-hopowego następcy Yeezusa, na którym tematem przewodnim będzie jak zawsze biały proszek o działaniu psychoaktywnym. I taka w istocie jest spora część płyty. Zimne i proste w swej budowie uliczne hymny takie jak „Numbers on the Boards” czy „Nosetalgia”, żywsze, majestatyczne, otwierające album przy dźwiękach werbli „King Push” czy wreszcie mroczne „Sweet Serenade” i „Pain” to w dużej mierze produkcje samego Westa przy współpracy m.in. z Sebastianem Sartorem, Swizzem Beatzem, Nottzem czy Hudsonem Mohawke. Ten ostatni razem z niejakim Beewirksem mocno ożywił nastrój płyty w „No Regrets”. Drugą, zdecydowanie krótszą, ale za to „cieplejszą” częścią krążka zajęli się przede wszystkim Pharrell Williams i The-Dream. To dzięki nim udało się przywołać oldschoolowego ducha Clipse. „Suicide”, „Let Me Love You” i „S.N.I.T.C.H.” brzmią jak żywcem wyjęte z czasów Lord Willin’ i Hell Hath No Fury.
Największym atutem My Name Is My Name jest naturalnie sam Pusha T. Jak podkreśla, nie jest ani producentem, ani gościem od refrenów. Nie wtrącał się nawet w oprawę graficzną albumu (która także zasługuje na wzmiankę). Jest po prostu raperem — „I rap nigga ‘bout trap niggas, I don’t sing hooks”. Swoim przybrudzonym głosem, psychodelicznym flow z charakterystycznymi ad-libsami i talentem do składania wersów potrafi nawet nudną produkcję zamienić w rewelacyjny numer. Niemniej świetnie rozdzielił role aż dwunastu zaproszonym gościom. Każdy, tak jak gospodarz, robi tutaj to, co potrafi najlepiej, z Future’em i jego lekko zafałszowanym refrenem włącznie. Nie sposób nie wspomnieć także o obecnych gwiazdach pop i R&B, które wprowadziły tu niezwykły powiew świeżości. Co prawda nieco komicznie brzmią szesnastki wszędobylskiego 2 Chainza i podupadającego powoli w swojej ambicji Big Seana. Szkoda też, że zwrotka Kanyego z „Who I Am” została wycięta, a ten ostatecznie ograniczył się do przesyconych auto-tunem chórków w soulowo-elektronicznym „Hold On”.
My Name Is My Name to dwunasto-epizodowa opowieść o tym, kim był i jest Pusha T. Opowieść na pozór chaotyczna, bo każda jej część jest inna, ale ta zmienność nastrojów pokazuje tylko jaki jest autor i jego życie. Nic nie trwa tu dłużej niż przysłowiowe „pięć minut”. Odważne wersy z pogróżkami zabójstwa łączą się bez wyraźnych granic ze wspomnieniami trudnego dzieciństwa. Przewijający się przez cały czas motyw kokainy, Terrence potrafi błyskotliwie wykorzystać na swoją korzyść — śmiało wytyka brak autentyczności kolegom z branży, pseudo-gangsterom, którzy nigdy nie sprzedali ani grama białego proszku. Z drugiej strony dochodzi do konfrontacji z Kendrickiem Lamarem, który jako dziecko musiał patrzeć na ojca ćpającego to, co sprzedawał niegdyś Pusha. Ten jednak, koniec końców, nie ma jakichkolwiek wyrzutów co do swojego postępowania, czemu wyraz daje w tryumfalnym „No Regrets”.
Czy to wszystko jednak wystarczy aby uhonorować ten krążek tytułem albumu roku? Myślę, że trudno będzie Pushy T załapać się nawet do ścisłej czołówki — konkurencja jest bowiem duża, a on sam wciąż chyba nie jest traktowany na tyle poważnie, by szersze grono doceniło jego dzieło. Mimo to, w swoim gatunku, My Name Is My Name jest jedną z najważniejszych pozycji 2013 roku. Wielu zgodzi się z tym zapewne dopiero po latach.


Komentarze