Zebra Katz w 1500 m2 do wynajęcia: koncert, który śni się po nocach

Data: 22 listopada 2013 Autor: Komentarzy:

zebra tytulowe

fot. 1500 m2 do wynajęcia / JAKUBINA foto

Od koncertu Zebra Katz w 1500 m2 zdążył już minąć tydzień, a mi wciąż po nocach śni się perwersyjnie przyjemny sen o mężczyźnie w masce, który hipnotyzuje niczego nieświadomy tłum ładnie ubranych ludzi. Możecie wierzyć lub nie, ale oglądanie Ojaya Morgana na żywo sprawia dokładnie taką samą rozkosz, jak oglądanie dobrego horroru (no, eliminując poczucie leciutkiego obrzydzenia). Sceniczny Zebra wywołuje dreszcze i wdrukowuje się w pamięć niczym wszystkie straszne filmy, które obejrzeliście pomimo przestróg rodziców.

Jeszcze przed koncertem, gdy nieśpiesznie paliliśmy pety w lochach jednego z najbardziej klimatycznych warszawskich klubów, trwały ciche dywagacje. Nie do końca wiedzieliśmy, czego spodziewać się po najmniej przewidywalnej postaci nowej muzyki. I chyba dobrze, że nie mieliśmy żadnych oczekiwań, skoro wizualnym przełożeniem autorskiego gatunku Ojaya, „dark sexy” okazała się przygarbiona postać, zakuta w fetyszystyczną uprząż i maski.

zebra srodek lepsze

fot. 1500 m2 do wynajęcia / JAKUBINA foto

Chłopak zdecydowanie wie, jak budować suspens — dobry horror zaczyna się przecież od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno tylko rosnąć. Więc oto na scenie widzimy postać; jest w przebraniu, skręca się w jakimś niezrozumiałym bólu i melorecytuje. Wygląda szokująco i dziwacznie, a widownia obserwując ją zastyga w bezruchu.

Piwa wygazowują się.

Misterne koczki wystylizowanych dziewcząt rozpadają się w luźne kosmyki.

Paski torebek spadają z ramion.

Tak działa Zebra Katz w swoim koncertowym wcieleniu, jest nierealny, aktorski i mistrzowski w samokontroli własnego ciała. Ale tempo rośnie; maski spadają jedna za drugą, horror zamienia się w regularną imprezę, a sala, choć może niezbyt szczelnie wypełniona, lojalnie buja się w rytm głębokich basów. Dawno nie widziałam artysty, który z taką łatwością kontrolowałby widownię. Gdy chciał — wgapialiśmy się w niego jak jak w ikonę, gdy tylko zmieniał zdanie — tłum wdawał się w ekstatyczne bachanalia. Dość niesamowite doświadczenie.

Oczywiście, żeby było show, niezbędna jest przede wszystkim muzyka. Zebra zagrał praktycznie cały materiał z DRKLNG — „Blk Wiccan”, „LST Ctrl”, „W8WTF” (mój osobisty faworyt) oraz oczywiście „Ima Read”, który doprowadził ludzi na skraj szaleństwa. Zdarzyło się oczywiście też parę zabawnych momentów takich jak ten, w którym Ojay wykonując dziki taniec na scenie… rozdarł sobie spodnie w kroku. Cóż, performance z krwi i kości wymaga poświęceń. Ten, który widziałam w 1500 m2 był naprawdę wyjątkowy. Nie żałuję ciężkiej głowy czwartkowego ranka, bo teraz wiem już na pewno. Zebra Katz jest WOW.

Komentarze

komentarzy