Relacja: Warszawski koncert Jazzanovy czyli gorące tańce w oku cyklonu

Data: 9 grudnia 2013 Autor: Komentarzy:

jazzanov1

fot. ishootmusic.eu Michał Murawski

Oczywiście, ten „cyklon” w tytule to dowcip, niemniej obywatel Orkan Ksawery nie był zbyt łaskawy dla warszawskich ulic. Wiatr wył i ściągał czapki z głów, a znajomi jeden po drugim odwoływali piątkowe imprezki wybierając koce i kołderki ponad życie towarzyskie. W piątek władzę nad stolicą przejął dyktator wicher.

I właśnie w tej apokaliptycznej scenerii opustoszałego miasta, gdzieś w piwnicy jednej z najsłynniejszych warszawskich kamienic — biło wyjątkowe źródło gorąca i tanecznych rytmów. Drzwi do „Basenu” z daleka obiecywały schronienie, wysoką temperaturę i przede wszystkim kojące dźwięki jednej z najsłynniejszych formacji nu-jazzowych na świecie, a ja już w kolejce do szatni czułam, że nóżka sama mi się rwie do tańca. A przecież jeszcze w domu, wiążąc  buta na tej nóżce, bałam się, że czeka mnie kameralna jazzowa msza. Jakże się myliłam!

jazzanova

fot. ishootmusic.eu Michał Murawski

I nie ma za bardzo nad czym się rozwodzić. Jazzanova na żywo — tak, tak, żaden tam djset, tylko żywe instrumenty — wypada dużo bardziej energetycznie, niż w swoim studyjnym wcieleniu. Przyznaję, że starsze nagrania kolektywu brzmią dla mnie jak nieco anachroniczny zapis berlińskiej sceny z końca lat 90., jednak nowe aranżacje hitów z In Between czy nawet nieco młodszego Of All the Things 6 grudnia zabrzmiały świeżo i przestrzennie. Również stały współpracownik producentów, Paul Randolph świetnie poradził sobie wokalnie z utworami, na których nie pojawiał się oryginalnie i z twardą konsekwencją rozgrzewał publiczność do tańca.

jazzanovwa4

fot. ishootmusic.eu Michał Murawski

Jednak dobry koncert jazzowopochodny nie może się obyć bez choćby króciutkiej improwizacji. Tu pierwsze skrzypce zagrał… saksofonista, który rzucił się w solówkę z taką namiętnością, że bałam się przez chwilę, że spadnie ze sceny. Poza tym, kulminacyjnym momentem całego koncertu, było eksplodujące „I Human”, które wiodło do rozluźniającego klimaksu muzycznej podróży, która potrwała niecałe półtorej godziny.

Co tu więcej pisać; czasem opowiadanie o koncertach zupełnie mija się z celem, gdy ich istota to światło, kilka kropel potu, obnażone w uśmiechu zęby i zakwasy w łydkach. Fajnie zagrała ta Jazzanova. A Wy siedzieliście w domach.

 

Komentarze

komentarzy