Recenzja: Orange Trane Acoustic Trio Fugu

Data: 24 lutego 2014 Autor: Komentarzy:

Orange Trane Acoustic Trio

Fugu (2014)

Soliton

Choć Orange Trane nie są nowicjuszami na polskiej scenie jazzowej, ich nowy album w zreformowanym składzie, na swój sposób kreśli dla grupy nowy początek. Fugu to ewolucja po rewolucji, która nastąpiła przed trzema laty, gdy kontrabasista Piotr Lemańczyk i perkusista Tomasz Łosowski, po długiej przerwie od wspólnego tworzenia muzyki, zaprosili do współpracy uznanego wibrafonistę Dominika Bukowskiego, który przy pomocy swojego instrumentu przewrócił do góry nogami ich dotychczasowe brzmienie.

Choć zespół nie rezygnuje z eksploracji złożonych struktur rytmicznych i melodycznych, wśród dziesięciu kompozycji składających na Fugu, nie stanowią one podmiotu samego w sobie, ale wtapiają się w znacznie pełniejsze i swobodniejsze zarazem traktowanie muzyki. Bez skrótów i uproszczeń, muzycy z zaangażowaniem dążą do osiągnięcia harmonii, którą można odczytywać na wiele sposobów — czy to jako odnalezienie idealnej synergii między jazzmanami, spośród których każdy wnosi do projektu pewną unikalną wartość i mimo muzycznych ewolucji żaden zdecydowanie nie dominuje na krążku; czy też jako próbę uchwycenia tyleż tożsamego dla jazzu, ile ulotnego pierwiastka wysmakowanej elegancji, pewnej wypracowanej nonszalancji, która pozwala słuchaczom na zatracenie się w muzyce i zdystansowanie się od prozy codzienności, choćby na krótką chwilę. I choć udział wszystkich trzech muzyków w projekcie wydaje się równoważny, to jednak subtelnemu brzmieniu wibrafonu w dużej mierze grupa zawdzięcza elegancki chilloutowy krój, w jaki ostatecznie wpasowane zostały kompozycje o momentami wręcz progresywnym zacięciu. To powoduje, że nie tylko w skali kraju, ale może i Europy, obecne brzmienie Orange Trane Acoustic Trio jest czymś niecodziennym, egzotycznym, jeśli nie orientalnym.

Kompozycyjne i dynamiczne zróżnicowanie Fugu jest utrzymywane w ryzach, dzięki zachowaniu jednolitego muzycznego rysopisu, poruszaniu się, jakby nie było, w obrębie pewnej przyjętej konwencji. Najpełniej trio brzmi, gdy na płycie zapada zmrok, pod którego płaszczem w dotychczas przyjęty, całkiem wyrazisty szyk kompozycyjny, przy świetle ledwie tlącej się ulicznej latarni, wkradają się nieostrości, jak w paradoksalnie zatytułowanym „Screamtime” czy uroczo niegramatycznym „Praying Someone”.

Komentarze

komentarzy