Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Pharrell Williams G I R L

Data: 5 marca 2014 Autor: Komentarzy:

Pharrell Williams

G I R L (2014)

I Am Other / Columbia


Pharrell Williams przez osiem długich lat czekał na swój wielki moment. W pewnym momencie wydawało się niemal pewne, że zupełnie wypadł już z gry. Do czasu, gdy miniony rok przyniósł mu trzy wielkie przeboje i z impetem reanimował jego dogasającą karierę. Nowy album zdaje się potwierdzać, że Williams wykorzystał ten czas na regenerację swoich możliwości twórczych i redefinicję brzmienia.

Nie znaczy to jednak, że G I R L jest wielkoformatową płytą, planowaną pieczołowicie od lat. Wręcz przeciwnie — każdy z dziesięciu numerów na krążku brzmi, jakby powstał w przypływie chwili — z lepszym lub gorszym efektem końcowym. I to, podobnie jak w przypadku zeszłorocznego Blurred Lines Robina Thicke’a, jest jego największym kapitałem. Lekkie, koktajlowe brzmienie — fuzja Neptunesowych beatów z postępującymi inspiracjami soulem lat 70-tych i 80-tych — wywołuje pożądany efekt tylko wówczas, gdy sprawia wrażenie całkowicie swodobnego i spontanicznego. To, co w dużej mierze nie udało się na debiutanckim In My Mind, tutaj radośnie rozkwita feerią barw.

To perfekcyjnie popowy album, zbierający w jednym miejscu całą paletę sprawdzonych patentów Williamsa, z tą istotną różnicą, że tutaj to wreszcie Pharrell jest w centrum uwagi. Nie zmieniają tego nawet zaproszeni do współpracy sławniejsi znajomi — wśród nich najefektowniej prezentują się duet z Timberlake’m w „Brand New”, spajający vibe „Happy” i pierwszej części The 20/20 Experience, oraz zaskakująco funkowa i rzecz jasna na swój sposób frywolna Miley Cyrus w „Come Get It Bae”. Podczas gdy Daft Punk puentują niezręcznym hookiem prostolinijnie dyskotekowe „Gust of Wind”, w reggae’ującym „Know Who You Are” z Alicią Keys, Pharrell co prawda brzmi bardziej jak Miguel, ale chemia między wykonawcami jest nieoceniona. Tak czy owak, przez całe trzy kwadranse nie ma wątpliwości, że słuchamy płyty Pharrella Williamsa — to jego piaskownica i jego zabawki.

G I R L, zgodnie z tytułem, dedykowane jest kobietom i rzecz jasna wokół nich rozciągają się główne wątki tematyczne krążka. Williams nigdy nie był mistrzem słowa pisanego, co dość zaskakująco potrafi obrócić w atut, okraszając przebojowe popowe piosenki równie chwytliwymi, nieskomplikowanymi hookami — jak w stylowo otwierającym krążek „Marilyn Monroe” z momentalnie uzależniającym refrenem („Not even Marilyn Monroe / Who Cleopatra, please / Not even Joan of Arc / That don’t mean nothin’ to me”).

To płyta stworzona bez stresu i wielkich aspiracji, która nawet jeśli miałaby wkrótce wystygnąć, podana teraz, na gorąco, w swojej kategorii prezentuje się niezwykle smakowicie. I nawet pomimo, że Williams już lata temu przestał być muzycznym wizjonerem, wciąż daleko mu do bezrefleksyjnego odgrzewania kotletów.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure