
Lisa Stansfield
Seven (2014)
Monkeynatra / Edel

Blisko dziesięć lat temu Lisa Stansfield postanowiła odetchnąć od branży muzycznej, w której nie potrafiła już znaleźć dla siebie miejsca. Jej odpoczynek (połączony z rozwojem kariery aktorskiej) trochę się przeciągnął, ale w końcu powróciła. Chociaż do dziś wiele osób kojarzy ją przede wszystkim z hitem sprzed dwudziestu pięciu lat „All Around the World” i rewelacyjnym wykonaniem „Never, Never Gonna Give You Up” Barry’ego White’a (czy ktoś tu jeszcze pamięta ten nagi teledysk?), to wokalistka nie spoczęła na laurach. Do dziś Stansfield nie podąża ślepo za trendami, co z jednej strony jest atutem, z drugiej wprawia w lekkie zakłopotanie, bo większość nowego materiału sprawia wrażenie jakby powstała dużo wcześniej. Czy w związku z tym warto było aż tak długo czekać na Seven?
Wątpliwości rozwiewa otwierające album przebojowe nagranie „Can’t Dance”, które jako pierwszy singiel skutecznie przyciągnęło nie tylko moją uwagę i przypomniało o czasach popowej świetności Lisy. W swingującym „Why” jej zachrypnięty głos udowadnia, że powróciła w wyśmienitej formie. Niestety już w kilku kolejnych kawałkach (zwłaszcza w „Stupid Heart” i „Conversation”) ten wokal ma problem z wyhamowaniem i momentami nuży przeforsowaniem. Zupełnie z kontekstu wyrywa „The Crown”, które sprawia wrażenie piosenki opartej na średnio zachwycającym podkładzie z 1997 roku… Szkoda, bo na tym etapie koncentracja na płycie, mimo woli, zaczyna się rozpływać. Warto jednak zwrócić uwagę na lekkie „So Be It”, a także pełne energii, porywające „Carry On” — poniekąd kontynuację pierwszego numeru na płycie. Zdecydowanie najmocniejszym punktem Seven jest zamykająca kompozycja „Love Can”. To Sansfield w najlepszym wydaniu, ale kawałek jest też na tyle świeży, że z powodzeniem mógłby stanowić punkt wyjścia dla całego wydawnictwa.
Czy po jednym odsłuchu ma się jeszcze ochotę na powtórkę? Tak, bo to przyzwoita, dobrze wyprodukowana płyta, do której powstania przyczyniło się grono wspaniałych muzyków. Co prawda nie zachwyca, ale może umilić czas. Wszelkie minusy wychodzą na jaw, gdy chce się z nią spędzić kilka chwil sam na sam. Niemniej, panie znajdą tu nowe pokłady feministycznej siły, a panowie potupią nogą i popstrykają palcami. Mam nadzieję, że na kolejny album Lisy nie trzeba będzie czekać jeszcze jednej dekady, bo nie wątpię, że gdy raz nabierze odpowiedniego rozmachu, to następnym krążkiem jest w stanie rzucić wszystkich na kolana i zainspirować jeszcze niejedną początkującą wokalistkę.


Komentarze