Recenzja: The Roots …And Then You Shoot Your Cousin

Data: 19 maja 2014 Autor: Komentarzy:

the-roots-and-then-you-shoot-your-cousin-cover-art

The Roots

…And Then You Shoot Your Cousin (2014)

Def Jam


Debiut, druga, trzecia płyta, och, ileż razy zastanawialiśmy się nad tym jak wypadnie nowy krążek artysty, którego losy śledzimy. Czy sprosta naszym oczekiwaniom? Czy wieloletnia praca nad dziełem ostatecznie się opłaci? Czy muzyk nadal jest w formie, a może najlepsze lata ma już za sobą? Czy odnajdzie się wśród trendów, które przecież w dobie internetu zmieniają się tak szybko? To problem, który na szczęście nie dotyka The Roots. Bo choć w życiu są pewne tylko dwie rzeczy, podatki i śmierć, gdzieś pod skórą wiedzieliśmy, że grupa po prostu nie może zawieść. A ponoć żadna to niespodzianka — ja napiszę, że to świetny album, a wszyscy będą zadowoleni.

Przyjrzyjcie się okładce …And Then You Shoot Your Cousin, mając w głowie poprzednie dzieła Korzeni. Nie ulega wątpliwości, że obrazek, który widzicie powyżej ma w sobie coś ohydnego, przerażającego, wręcz potwornego. I od razu nasuwają się poprzednie okładki z albumów grupy: Game TheoryRising Down. A więc weźcie to satyrystyczne, choć czasem gorzkie, spojrzenie na kulturę hip-hopową czy też amerykańskie społeczeństwo w ogóle i dodajcie do tego koncept Undun z taką różnicą, że nie poznajecie historii jednego człowieka, a kilku.

Fanfary. Tak najprościej można opisać nowy album Rootsów. Co uderza od samego początku to ascetyzm w liczbie i długości utworów, choć w tym wypadku zasada „im mniej, tym lepiej” wydaje się idealnym sposobem, by zmusić słuchacza do wgłębienia się w teksty i muzykę, przerywników instrumentalnych bowiem jest tu co niemiara (najbardziej kluczowy „Dias Irae”). Korzenie wydają się być sceptycznymi obserwatorami świata. Grupa, zawieszona między sną a jawą („Never”), co rusz porusza się przy dźwiękach rodem z thrilleru, głosząc hasła, które być może brzmią trywialnie, ale wciąż są potrzebne. A więc, celebryci to tylko wykreowane produkty, uważaj na taniec z diabłem, nic nie przychodzi w życiu łatwo, tak niewiele czasu ci pozostało, zrób coś z tym! Brzmi pesymistycznie? Tylko miejscami. The Roots paradoksalnie kończą ten krążek najbardziej wyluzowanym numerem „Tomorrow”, któremu daleko do ciężkiego, moralizatorskiego tonu — po prostu, dobro wygrywa i należy o tym zawsze pamiętać. Panie Questlove i spółka, dzięki, że nam o tym przypomnieliście.

Komentarze

komentarzy