Recenzja: Robin Thicke Paula

Data: 9 lipca 2014 Autor: Komentarzy:

thicke

Robin Thicke

Paula (2014)

Star Trak

To nie przypadek, że Paula, nowy album Robina Thicke, sprzedał w pierwszym tygodniu w Wielkiej Brytanii zaledwie 530 kopii, czyli prawie 50 razy mniej niż zeszłoroczne Blurred Lines pchnięte ogromnym międzynarodowym sukcesem tytułowego singla. I choć oczywiście sukces komercyjny i poziom materiału nie muszą iść ze sobą w parze, w tym przypadku sytuacja życiowa piosenkarza na obu odcisnęła znaczne piętno.

Po tym jak w lutym Thicke rozstał się ze swoją żoną, aktorką Paulą Patton, po 9 latach małżeństwa, wielokrotnie publicznie zabiegał o jej względy. Zwieńczeniem tych wysiłków jest właśnie jego siódmy studyjny krążek, ostentacyjnie zatytułowany Paula, który, według słów samego zainteresowanego, jest poświęcony w całości właśnie jej. I choć być może w przypadku rozpadającego się związku nie ma chwili do stracenia, o tyle w muzyce zasadniczo pośpiech jest złym doradcą, co znalazło odzwierciedlenie nie tylko w niezręcznej i nieskutecznej promocji krążka, ale przede wszystkim w jego brzmieniu i zawartości.

Niezależnie od tego, czy skupimy się na komercyjnej stronie tak rychłej premiery nowej płyty czy na osobistych pobudkach piosenkarza, nie ma wątpliwości, że motywem przewodnim krążka jest w każdym jego aspekcie — desperacja. Thicke’owi zdarzały się już płyty bezbarwne, bezładnie przeplatające generyczne bangery ze zbyt wieloma nudnymi pościelówami, ale żaden z nich nie był tak kuriozalny i niezręczny jak Paula. Thicke, zmęczony jak nigdy dotąd, zdaje się nerwowo i kompulsywnie przelatywać przez kolejne numery. Niemalże bez powtórzeń w ciągu kilku godzin nagrywa pod rząd czternaście niedbale naszkicowanych kawałków — z zespołem wynajętych na godziny muzyków, którzy akurat mieli wolny termin. Nie ma czasu na zabawę w szlifowanie produkcyjnych detali — opracowanie muzyczne stanowią gotowe motownowskie wzory, od kilkudziesięciu lat spoczywające na dnie opasłych szuflad w studiach nagraniowych, dotąd bez żadnej nadziei na ponownie wykorzystanie. A przynajmniej tak właśnie to brzmi.

Thicke za wszelką cenę, z desperacją w głosie — głosie, warto dodać, brzmiącym znacznie brudniej niż kiedykolwiek wcześniej — konstruuje na cześć swojej żony bezwstydny kabaret przybierający z każdym kolejnym numerem coraz bardziej absurdalne formy, a osiągający swoistą kulminację gdzieś pomiędzy rock & rollową cha-chą „Tippy Toes” a najprawdopodobniej najgorszym numerem w dotychczasowej karierze piosenkarza — „Something Bad”, zbudowanym przy pomocy power popowego bitu i naiwnego refrenu prowadzonego przez kiczowaty kobiecy chórek. Chórek, który z powodzeniem przejmuje naczelną rolę w większości numerów na krążku i, o ironio, w swojej bezrefleksyjności jest być może jedynym elementem jako tako spajającym ten, w przeciwnym razie, bezmiernie groteskowy album. W takim towarzystwie chilloutowe „Get Her Back” wypada nadzwyczaj starannie, ujmując słuchacza prostolinijnym, ale szczerym i natchnionym przekazem. Na tym jednak mocne momenty albumu się kończą. Thicke’owi bez wątpienia nie udało się uczynić tej płyty swoim Confessions — miejmy jednak nadzieję, że ostatecznie odzyska żonę, której brak tak dotkliwie mu doskwiera.

Komentarze

komentarzy