Recenzja: Curtis Harding Soul Power

Data: 12 lipca 2014 Autor: Komentarzy:

Curtis Harding

Soul Power (2014)

Burger

Curtis Harding nagrał album, którego spodziewaliśmy się w zeszłym roku, gdy Mayer Hawthorne deklarował, że inspirują go Rolling Stonesi. Harding, podobnie jak Hawthorne, wie o co chodzi w klasycznym soulu i jak wiarygodnie transponować go na współczesne realia, by zachowując esencję gatunku, skutecznie uniknąć kreacji muzycznego skansenu.

Harding jest być może najbardziej kompetentnym retrosoulowym wokalistą młodego pokolenia. Nie przerysowuje grubą kreską swoich utworów przy pomocy głosu, ale nie sposób nazwać go zachowawczym. Jest pozbawiony lansowanej we współczesnych talent-showach maniery solisty, a jednocześnie dalece wybija się przed szereg, czerpiąc siłę z charyzmy i stanowczości konsekwentnie obecnych w jego artykulacji. Tym samym udaje mu się bez wysiłku osiągnąć złoty środek między swobodną dominacją a współpracą z zespołem, który kompetentnie kreuje klimat krążka, łącząc soul i funk z zaskakująco obfitą dozą garażowego rocka konstytuującego solidną podstawę płyty. Dzięki tak umiejętnemu połączeniu rock & rollowej energii i soulowego wyczucia udaje im się bezkompromisowo uwspółcześnić istotę najlepszych lat muzyki R&B. Harding przy tym nie stroni od przebojowych melodii — w singlowym „Keep On Shining” brzmi jak John Legend w szczytowej formie, a w „Surf” i „I Don’t Wanna Go Home” koresponduje z klasykami amerykańskiego rock & rolla.

Komentarze

komentarzy