Relacja z koncertu Kelis w Berlinie

Data: 22 sierpnia 2014 Autor: Komentarzy:

Untitled-3
Zdjęcia: Stefan Hoederath

Jeśli jeszcze nie wiesz czy pójść na koncert w Polsce, pomagamy w dokonaniu decyzji. Kilka słów na temat tego co zobaczyłam i usłyszałam podczas ostatniego występu gwiazdy w Berlinie. Miłego!

Na chwilę przed oficjalnym otwarciem pod C Club czekały już tłumy. Nie będę ukrywać, że po wejściu doznałam lekkiego zdziwienia na widok skromnego wnętrza klubu. Za chwilę miała zagrać ONA, a atmosfera była, krótko pisząc, kameralna. W głośnikach rozbrzmiewał ciężki drum’n’bass, serwowany przez jednego z niemieckich djów. Pośród wyciągniętych w górę rąk, które trzymały telefony komórkowe z opcją nagrywania w gotowości, na głowach gości można było dostrzec migocące czapeczki urodzinowe. Kilka minut po 21 cała sala śpiewała już „Happy Birthday” wywołując solenizantkę przed mikrofon. Nie wiem czy wiecie, ale Kelis obchodziła wczoraj 35. urodziny!

Muzyczne świętowanie zaczęło się więc od najbardziej popularnej na świecie piosenki, po czym gwiazda wieczoru dumnie odśpiewała cover „Feeling Good”. Aż było mi wstyd, że miałam przed koncertem wątpliwości co do jej wokalu. Śmiało mogę napisać, że po wczorajszym popisie, w tej kwestii, nie można nic zarzucić Kelis. Kiedy ma być szorstko, jest szorstko; kiedy ma być lekko, jest lekko; kiedy ma być ryk, jest ryk.

Fani Kelis dzielą się na tych „do Flesh Tone” i tych „po Flesh Tone„. Ci pierwsi są zapewne szczęśliwi, że artystka odpuściła sobie elektronikę. Nie należę do żadnej z tych grup, kocham ją w każdej wersji, ale trzeba przyznać, że powrót do korzeni na Food wyszedł jej na dobre. Było sporo nowości, między innymi „Jerk Ribs”, „Friday Fish Fry” i „Forever Be”, grane z prawdziwym rock’n’rollowym pazurem, ale Kelis nie zapomniała o starych hitach, które rozbujały tę niemiecką budę. „Trick Me” czy „Milkshake” brzmiały wyśmienicie w funkowo-afrobeatowych aranżacjach. Nawet najbardziej uparci konserwatyści pokochaliby nowe wersje dancowych numerów takich jak „Brave”, „Acapella” czy „4th July”. Żywy band dawał czadu; jedynymi momentami oddechu były w zasadzie „Lil Star” i numer, który Kelis zaśpiewała premierowo, czytając tekst wprost z notatnika. Nawet zawsze kojarzące mi się z płaczliwą atmosferą „The Saddest Story” potraktowała agresywnie i ze złością. Emocje, przede wszystkim emocje. Scalić tak rozbieżny repertuar w spójną całość to prawdziwa sztuka. A więc chwała perkusji, gitarom, klawiszom ALE! największe zasługi przypisuję jednak… trąbkom.

A sama Kelis? Z burzą brązowych loków na głowie, ubrana w złoty kostium, w srebrnych szpilkach, z soczystą czerwoną szminką na ustach wyglądała jak prawdziwa diwa, choć wcale się tak nie zachowywała. Uśmiechnięta, beztroska, co rusz opowiadająca anegdotki. Rola niezależnej artystki, która gra w małych klubach, czując każdą nutę i dźwięk, który z siebie wydobywa ewidentnie jej pasuje. Czytelnikom Miski, którzy wybierają się na jej sobotni koncert w Katowicach, mogę tylko pozazdrościć, że mają show dopiero przed sobą. Ostrzegam, będziecie marudzić — dlaczego występ Kelis trwał tak krótko?! Miska życzy udanej zabawy!

Komentarze

komentarzy