
Y’akoto
Moody Blues (2014)
Warner

Najprostszy przepis na sukces według naszych zachodnich sąsiadów? Kontrakt z ciemnoskórą wokalistką, najlepiej taką, której korzenie sięgają Afryki, a jeśli tak nie jest, zdecydowanie powinna mieć w sobie coś z Czarnego Lądu. Następnie wystarczy nagrać przebój, który w mgnieniu oka (i ucha?) przyjmie się we wszystkich możliwych stacjach radiowych, naprędce wydać album i ot, cała filozofia. To schemat, w który wpadały jak śliwka w kompot po kolei: Ayọ, Nneka, Oceana i Imany. Podczas, gdy „Down on My Knees” i „Endless Summer” jawią się co jakiś czas w moich najgorszych koszmarach, porównywana do Lauryn Hill i Eryki Badu Nneka odeszła w zapomnienie, jak również po uroczej Francuzce słuch zaginął. Nie trudno było się domyślić, że podobny los czeka Y’akoto. Przesympatyczna artystka z Ghany, którą mieliśmy zresztą okazję przepytać zeszłego lata, wydała drugi album i poniekąd… oszukała przeznaczenie.
Moody Blues rozpoczyna się mocnym, choć jednocześnie sprawiającym wrażenie leniwego, akcentem w postaci bluesowej ballady „Come Down to the River”. I choć tematyka społeczna pojawia się tutaj rzadziej niż było to praktykowane na Baby Blues, Y’akoto do końca z niej nie zrezygnowała. Jeśli chodzi o ciemną stronę tego wydawnictwa, niewątpliwie najsilniejsze wrażenie wywierają dwa numery. Pierwszy z nich, będący formą rozpaczliwego krzyku, okraszony rockowym pazurem — „Forget” i minimalistycznie piękna, doprowadzająca do płaczu tych najbardziej wytrwałych, opowieść o samotnym rodzicielstwie — „Mother and Son”. To także dwa ważne momenty, w których Y’akoto pokazuje siłę swojego nietuzinkowego głosu, często porównywanego do talentu Niny Simone czy Nancy Wilson.
I aż trudno uwierzyć, że ta sama osoba, która zdawała się utknąć w mrocznej otchłani na wieki, jest w stanie przejść nagle na lekko pulsujący, wesoły ton. Mowa tu o motywie przewodnim albumu, „Perfect Timing”, w którym to wokalistka zabawnie rozprawia się z partnerem, którego żartobliwie mogłaby nazwać „przyszłym niedoszłym”. Świetny tekst z nutką ironii, przywołujący na myśl zadziorne pióro Amy Winehouse (i nie jest to jedyny przypadek na tym wydawnictwie; wystarczy dobrze wsłuchać się w słowa „Moody Man” czy „Don’t Call”), w połączeniu z rytmiczną, wymykającą się spod kontroli, melodią daje gwarancję przeboju lata. Ale na tym nie kończy się zabawa — od pierwszych dźwięków, porywające do tańca mocnymi uderzeniami, „Save You”, rozbudza w człowieku całe pokłady endorfin. Nim się obejrzycie, będziecie już na samym finiszu Moody Blues. I również tutaj nie obejdzie się bez niespodzianek. „Talk to Me II” ociera się o hip hop, a sama Y’akoto brzmi w przejściu jak Erykah Badu. I choć przez całą długość krążka przewijają się różne style, od jazzu, przez folk, do funku, charyzma wokalistki sprawia, że wszystko spięte jest odpowiednią klamrą.
„Smutek mam we krwi…” śpiewała Ania Dąbrowska, ale patrząc na tytuły płyt Y’akoto można stwierdzić, że to również jej motto. O tak, trzeba przyznać — to artystka niezwykle humorzasta. I paradoksalnie, w tym właśnie tkwi cały jej urok. Na ile te zmiany nastrojów, które równie dobrze mogłabym nazwać poszukiwaniem swoich brzmień, kreatywnością, otwartością, będą nas w stanie utrzymać przy nagraniach gwiazdy? O wiele dłużej niż mogłoby się wydawać.


Komentarze