Recenzja: Flying Lotus You’re Dead!

Data: 25 października 2014 Autor: Komentarzy:

Flying Lotus

You’re Dead! (2014)

Warp

Opłaciły się dwa lata czekania na nowy materiał od Flying Lotusa. Dostaliśmy od niego odważną a zarazem przełomową — jeżeli chodzi o styl — płytę. Podczas gdy oprzednie dwie produkcje, czyli CosmogrammaUntil the Quiet Comes, nie różniły się szczególnie od siebie, You’re Dead! wydaje się być zupełnie inne. Muzyk postanowił zapoznać elektronikę z jazzem i wyszedł z tego naprawdę ciekawy związek.

Płyta wywołuje emocje już od pierwszego kawałka, gdyż Lotus buduje napięcie, niepewność i funduje zmiany nastroju.  Z każdym kolejnym trackiem słychać, że twórca od początku miał koncepcję na wyprodukowanie tego wielowymiarowego krążka. Dlatego też dalej słyszymy przelot (dosłownie!) po złożach dźwięków, a atmosfera produkcji ulega szybkim i nagłym zmianom.

Na płycie dzieje się naprawdę dużo, a połączenie elektroniki i jazzu wypada tutaj doskonale. Przykładem może być kawałek „Cold Dead”, gdzie galopujące syntetyczne dźwięki zostały wsparte m.in. trąbką, jakby wyjętą wprost z występu Johna Coltrane’a w nowojorskim Cotton Clubie (nazwisko Coltrane nie pojawia się tutaj przypadkowo — Alice , żona Johna, była ciotką FlyLo i to jej właśnie muzyk zadedykował You’re Dead!). Podobne konfiguracje są tu na porządku dziennym. Wszystkie dźwięki, zarówno instrumentalne jak i elektroniczne, mieszają się ze sobą w ekwilibrystyczny sposób. Raz jest mrocznie i spokojnie, jak w „Descent Into Madness”, a zaraz wariacko i dynamicznie jak w „Turkey Dog Coma”. Przede wszystkim oba gatunki zostały ze sobą wzorowo zestawione, co słychać w przekroju całego materiału. Nowy dodatek, czyli jazz jest na tej płycie w odpowiedniej ilości. Nie ma go przesadnie dużo, ale stanowi integralny element ogółu. Instrumenty takie jak trąbka, klawisze czy gitara wraz z elektronicznym brzmieniem tworzą psychodeliczną, hipnotyczną fuzję. Gdyby wyciąć wszystkie dźwięki typowo elektroniczne, otrzymalibyśmy pewnie dobry, minimalistyczny jazzowy album.

Numery w większości są bardzo krótkie, a wszystko trwa lekko ponad 38 minut. Materiał mógłby być trochę dłuższy, bo można odnieść wrażenie, że piosenki urywają się w niespodziewanych momentach. To wywołuje mieszane uczucia, podobnie jak występy niektórych z zaproszonych gości. Zdecydowanie najgorzej wypadają tu raperzy, czyli Kendrick LamarSnoop Dogg. Zdecydowanie lepiej prezentują się wokalistki, które swoim śpiewem dodają klimatu poszczególnym utworom — Angel Deradoorian w „Siren Song” oraz Niki Randa w „Your Potential”/”The Beyond”. Instrumentalnie swoje trzy grosze wtrącili natomiast Thundercat, Kamasi Washington i legendarny Herbie Hancock.

You’re Dead! ma nawiązywać do śmierci i z całą pewnością to robi. Klimat płyty jest mroczny, czasami ciężki i niespokojny, by za chwilę pojawiło się trochę radości w postaci damskiego wokalu czy cieplejszego dźwięku. To wszystko przypomina trochę inne stany świadomości i dlatego konotacje ze śmiercią nie są przypadkowe.

Komentarze

komentarzy