70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

May This Be Love… czyli koncert Meshell Ndegeocello w Warszawie

Data: 11 listopada 2014 Autor: Komentarzy:

meshellfot. Michał Murawski, ishootmusic.eu

„Czasem mam wrażenie, że muzyka Meshell wpływa na nasze zmysły bardziej niż czyjakolwiek. Tak jakby każda nuta była otoczona inną emocją. Czasem jest to smutek, czasem nadzieja, kiedy indziej jeszcze zaduma.” — Lejdi K

Są tacy artyści, na których koncerty czekamy tak niecierpliwie, że niekiedy tracimy wręcz wiarę, że usłyszenie ich na żywo kiedykolwiek dojdzie do skutku. Zwłaszcza w Polsce. Zdarza się jednak, że takich marzycieli jest w naszym kraju więcej, a na dodatek niektórzy z nich mają możliwości pozwalające na spełnienie marzeń ich oraz naszych.

Tak też było w przypadku Me’shell Ndegeocello – kobiety wszechstronnie utalentowanej, bezkompromisowej i do bólu szczerej. Artystki pisanej przez największe ‚a’. Kiedy wydała swoją pierwszą płytę, Plantation Lullabies, spokojnie mogła kołysać mnie do snu, bo miałam wtedy zaledwie kilka lat. W tym roku wydała jedenasty już album, a ja trzy dni temu miałam nie zgoła szczęście być uczestnikiem jednego z najpiękniejszych muzycznych doświadczeń tego roku; subiektywnie — prawdopodobnie jednego z najlepszych koncertów, na których w ogóle dane było mi być.

Na scenę wyszła równo z bandem; ubrana na tyle skromnie, że w półmroku niektórzy początkowo nawet jej nie poznali. I chociażby ta prostota świadczyła o tym, co dla niej jest najważniejsze – m u z y k a . I za to, choć stóp nie lubię, to do jej mogłabym paść. Ndegeocello swoim występem udowodniła jak bardzo nieistotne są przebieranki co 10 minut (pozdrawiam Beyonce), nadmierne kręcenie pupą czy świecenie dekoltem. Każdy dźwięk wypływający z jej gardła zdawał się czarować na tyle mocno, że równie dobrze mogłaby przez półtorej godziny śpiewać acapella, a każda osoba znajdująca się na sali Palladium nadal byłaby zachwycona. Towarzystwo na scenie jednak miała, i to nie byle jakie, bo muzycy zgrywali się perfekcyjnie i przez cały koncert czuć było unoszącą się między nimi chemię. Plusem było również, że zespół niczym się nie stresował, nie przejmował i donikąd nie spieszył, a każdą wolną pomiędzy utworami przestrzeń wypełniali uśmiechami i radością.

Czy to zniewalając słuchaczy nieskazitelnie czystym, niskim wokalem i perfekcyjną grą na basie podczas autorskich, bardziej melancholijnych utworów, czy nienatrętnych, nacechowanych niesamowitą emocjonalnością coverów fenomenalnej artystki jaką bez wątpienia była Nina Simone, a nawet podążając w stronę bardziej rockową, funkową, przechodząc tym samym przez pełny eklektyzm swojej dyskografii — bo oprócz zagranego niemal w całości Comet, Come To Me, Ndgeocello powróciła do utworów z wspomnianego wyżej Plantation Lullabies, genialnego Bitter, Weather, czy Pour une Âme Souveraine: A Dedication to Nina SimoneMeshell potwierdziła (bo udowadniać już nie musi), że prawdziwa muzyka, zawierająca w sobie nieskrytą prawdę – obroni się sama.

Jeśli zastanawiacie się, czy podczas sobotniego koncertu było coś, do czego można się przyczepić, to bez zawahania odpowiadam – nie. Nagłośnienie, światła… wszystko było w punkt, a ja nawet gdybym chciała, to minusów nie znajdę. Były co prawda ze dwa momenty, kiedy chciałam czegoś więcej, ale były to chwile, w których muzyk stroił gitarę, a ja po prostu niecierpliwie łaknęłam kolejnych dźwięków, jużteraznatychmiast!. Poza tym? Pozwolę sobie posłużyć się cytatami kolegów, które pokrótce, acz zgrabnie, stanowić będą idealną puentę: „Przepięknie było – podwodny sen – selekcja, ona, nagłośnie – 10/10”, „Nie wiem, czy kiedykolwiek jakikolwiek koncert tak mnie poruszył. Przepięknie, po prostu przepięknie”.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475