Recenzja: Mary J. Blige The London Sessions

Data: 27 listopada 2014 Autor: Komentarzy:

Mary-J.-Blige-The-London-Sessions-2014-1200x1200-Final

Mary J. Blige

The London Sessions (2014)

Capitol

W przypadku jednego z ostatnich albumów Mary J. Blige, My Life II… The Journey Continues (Act 1), ze świecą można było szukać takich entuzjastów jak my. Sukces krytyczny czy komercyjny nie przyszedł także, gdy artystka wydawała sountrack do filmu Think Like a Man Too oraz świąteczny album A Mary Christmas. Sami widzicie, że choć pierwsza dama hip hop soulu wcale nie odłożyła mikrofonu na dobre, ostatnie lata jej kariery niekoniecznie należały do udanych. I tu dochodzimy do punktu, w którym Mary miała dwa wyjścia. Scenariusz pierwszy — mogła pójść w ślady koleżanek po fachu, przykładowo Faith Evans, wydając co jakiś czas coraz to gorszy materiał, aż w końcu naturalnym sposobem zniknęłaby z powierzchni show biznesu. Druga opcja — wziąć głęboki oddech, spakować walizki i długo nie myśląc, na miesiąc zamknąć się w londyńskim studiu, by potem w blasku chwały, zaprezentować najlepszy materiał od czasów The Breakthrough. Spójrzcie na tytuł płyty i sami zgadnijcie, co wybrała.

Zaczęło się bardzo niewinnie od nagrania nowej wersji hitu Disclosure, „F for You”, a potem poszło już gładko. Zachwycona wolnością brytyjskiej sceny Mary wydała płytę, którą rozkocha w sobie nowe pokolenie i odzyska zaufanie fanów, którzy zatrzymali się na „No More Drama”. Od pierwszego numeru płyty, „Therapy”, który jest niejako hołdem dla Amy Winehouse, czuć, że artystka przesiąknęła Wyspami na dobre. Ironiczny tekst w połączeniu ze smukłą melodią doskonale zapowiada resztę płyty. Pierwszy odsłuch albumu może wywołać mylne wrażenie odnośnie do jego minimalistycznego charakteru. Fakt, są tutaj momenty bardzo okrojone, które trącają smutkiem od pierwszych dźwięków („Not Loving You”, „When You’re Gone”), ALE góra złota dla tego, kto odważy się powiedzieć, że jest inny sposób, by przekazać to, co czuje kobieta, której złamano serce. Na tle wyżej wymienionych kawałków najlepiej wypada eleganckie, ale równie gorzkie w swojej wymowie, „Whole Damn Year”, napisane przy pomocy Emeli Sandé. Tu należy pochwalić obie panie za prosty, ale ciekawy tekst — przywołajmy choćby porównanie depresyjnego stanu do pór roku („See winter took most of my heart / And Spring punched right in the stomach / Summer came looking for blood / And by autumn, I was left with nothing”). I być może nie jest to płacz na miarę „Without Me”, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że w nowej odsłonie Mary jawi nam się jako kobieta z klasą, która pomyśli zanim zaśpiewa.

Ta sama zasada działa, gdy Blige przyśpiesza tempa. Wokalistka eksperymentowała już z elektroniką wcześniej, ale nigdy nie były to tak ekskluzywne numery. Teraz kawałków, od których kipi energia znajdziemy na płycie co najmniej cztery — od uderzającego „Right Now”, przez rytmicznie pulsujące „Nobody But You”, do bardzo klubowych „My Loving” i „Follow”. To trochę tak, jakbyśmy nagle cofnęli się o dwie dekady i znów podsłuchiwali przez uchylone drzwi dyskotekowych hitów starszego rodzeństwa. Zastanawiam się komu w tym wypadku przypadł większy zaszczyt — Mary, której nowi muzycy pomogli podjąć swego rodzaju ryzyko i wyjść z tej walki zwycięsko, czy właśnie Disclosure, Samowi Smithowi czy Emeli Sandé, którzy zapewne widzą Blige jako swoją idolkę z dzieciństwa, a którą pokierowali na zupełni nowe tory. Jakkolwiek by nie było, można by się tu pokusić o małą wątpliwość, czy gwiazda w pełni wykorzystała swoje zdolności wokalne. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ale jedno jest pewne — The London Sessions to jeden z najciekawszych projektów muzycznych drugiej połowy roku. To płyta, która jeszcze długo będzie nam towarzyszyć podczas jesienno-zimowych wieczorów i pierwszy raz od długiego czasu, słuchając nowej Mary, nie zatęsknimy za jej dawną odsłoną.

Komentarze

komentarzy