Wydarzenia

Recenzja: Boyzone Dublin to Detroit

Data: 10 grudnia 2014 Autor: Komentarzy:

Boyzone

Dublin to Detroit (2014)

East West

Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek przyjdzie mi pisać tekst o Boyzone, ale gdy tylko dowiedziałem się, że panowie nagrali płytę z coverami Motownowskich klasyków, mimo wszystko nie potrafiłem odmówić sobie perwersyjnej przyjemności sięgnięcia po ten album. Dla niezorientowanych, Boyzone, to kolejny po Take That popularny w latach 90. boysband, który, wyczuwszy wzrost koniunktury na uprawiany przez siebie rodzaj muzyki, powrócił po latach na scenę. Z tą jedynie różnicą, że Take That, zresztą ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, okazali się mieć coś nowego i ciekawego do powiedzenia — posłuchajcie tylko Progress z 2010 — nie ma mowy o boysbandowej manierze, dzięki której podbili świat (a przynajmniej Wyspy Brytyjskie) kilkanaście lat wcześniej.

Tymczasem Ronan Keating i koledzy z zespołu zajmują się bezwstydnym odcinaniem kuponów — w dodatku od marki, która zdawała się umrzeć na dobre jeszcze zanim lata 90. dobiegły końca. Nowy krążek grupy Dublin to Detroit nie pozostawia złudzeń — panowie mają nadzieję, że nastolatki, które swego czasu wprowadziły aż sześć utworów grupy na szczyt brytyjskiej listy przebojów, to dziś zahukane gospodynie domowe ubóstwiające Adele i Susan Boyle — swoją drogą postaci na swój sposób symboliczne, bo przełamujące stereotypowy wizerunek gwiazdy estrady. W takim towarzystwie kolekcja jedenastu klasycznych soulowych numerów w wykonaniu ulubionego boysbandu z okresu dorastania musi stanowić nie byle jaki prezent gwiazdkowy.

I choć ta teoria z pewnością odpowiada pewnemu wycinkowi rzeczywistości, Dublin to Detroit jawnie urąga elementarnemu poczuciu dobrego smaku. A ja znów nie potrafię uciec od porównań do kolegów po fachu z Take That. Pamiętacie ich interpretację „How Deep Is Your Love” Bee Geesów, która przed dwudziestoma laty stała się wielkim przebojem w całej Europie? Jeśli wówczas wersja boysbandu wydała wam się płaska i nijaka w stosunku do oryginału, spróbujcie swoje odczucia pomnożyć przez jedenaście i voilà… oto najnowszy urobek Boyzone! I znów, z tą tylko różnicą, że ci drudzy dopuścili się dalece gorszych zbrodni na naprawdę kunsztownych przebojach takich soulowych artystów jak The Supremes, The Isley Brothers, Jackie Wilson, Four Tops, Smokey Robinson & The Miracles czy Stevie Wonder. Na Dublin to Detroit wszystkie one zostały sprowadzone do wspólnego mianownika — bezkształtnej, pozbawionej emocji, charakteru i pomysłu manierycznej radiowej papki. To naprawdę nie lada wyczyn — grupę bez wątpienia bardzo wyrazistych i ekspresyjnych utworów przemielić tak, by w ostateczności słuchacz doskonale znający ich oryginalne wersje, nie potrafił odróżnić jednej piosenki od drugiej. A na tym niestety wkład twórczy chłopaków z Boyzone się kończy.

Jako że pod presją czasu poszukiwanie gwiazdkowych prezentów może przynieść najróżniejsze rezultaty, miejcie się na baczności. Ten album, nawet w kategorii zabawnego prezentu dla starszej siostry, jednoznacznie odradzamy.

Komentarze

komentarzy