
THEESatisfaction
EarthEE (2015)
Sub Pop

Gdyby nie nagłe nadejście Czarnego Mesjasza, wraz z końcem 2014 roku powinniśmy byli zupełnie na poważnie zacząć zastanawiać się nad kondycją współczesnego neo-soulu. Neo-soulu, który na przełomie dekad został zdziesiątkowany przez sięgające coraz dalej i głębiej macki alternatywnego R&B i z wyjątkiem kilku zaledwie tytułów czy nazwisk, staje się coraz bardziej nieadekwatny.
Jednym z tych chlubnych wyjątków jest twórczość duetu THEESatisfaction, który od trzech lat konsekwentnie realizuje swoją psychotyczną, niepokorną i niełatwą wizję gatunku. I choć nie jest to przypadek Eryki Badu, która na każdej kolejnej płycie redefiniuje swoją sceniczną personę i przywdziewa nowy styl, charakter i brzmienie, pozostając jednocześnie sobą, EarthEE nie jest też bezrefleksyjnym powieleniem zawartości błyskotliwego awE naturalE. Zależność jest następująca — jeśli poznawszy debiut THEESatisfaction, wstrzymaliście oddech, to odsłuch ich tegorocznej płyty pozostawi was w stanie naturalnego bezdechu — być może w oczekiwaniu na mocne uderzenie, które tym razem jednak nie nadchodzi, co dla niektórych może okazać się rozczarowujące, ale bez wątpienia wpisane jest w koncepcję płyty.
EarthEE jest bowiem pozycją na swój sposób zachowawczą i to nawet pomimo względnie awangardowego budulca, z którego została ulepiona. Wokale splecione ściśle w psychodelicznym pogłosie, melorecytacja na tle afrofuturystycznych minimalistycznie zapętlonych sampli czy kreatywnie połamane melodie nie robią już takiego wrażenia co na o wiele bardziej koherentnym debiucie. Tymczasem na EarthEE z onirycznej podróży co jakiś czas wybudzają słuchacza momenty zasadniczo zmieniające kontekst — jak choćby trueschoolowa, podbita syntezatorowym funkiem najczystszej próby trzyutworowa oda na rzecz matki Ziemi — „No GMO”/”Planet for Sale”/”Blandland” — mieszcząca się bez wątpienia wśród najbardziej satysfakcjonujących momentów płyty, paradoksalnie także z powodu swojej stylistycznej prostolinijności.
Mimo tego, a może właśnie dzięki temu, dziewczynom z THEESatisfaction udało się na swojej drugiej płycie nie rozmienić się nadto na drobne (co w ubiegłym roku stało się niestety udziałem zaprzyjaźnionego Shabazz Palaces), utrzymać zainteresowanie zaintrygowanych przed trzema laty słuchaczy i uprawomocnić swoją nieszablonową wizję neo-soulu jako jedną z furtek dla przygasającego powoli gatunku. I nawet jeśli przez kolejnych pięćdziesiąt lat żadna z płyt THEESatisfaction nie stanie się równie co Black Messiah D’Angelo w przeciągu pierwszego tygodnia sprzedaży, Sun-Ra byłby dumny.


Komentarze