Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Kendrick Lamar To Pimp a Butterfly

Data: 20 marca 2015 Autor: Komentarzy:

Kendrick Lamar

To Pimp a Butterfly (2015)

Aftermath/Interscope/TDE

W przerywniku podczas otwierającego album „Wesley’s Theory” słyszymy głos Doktora Dre pouczającego Kendricka Lamara, że sztuką nie jest wybić się na piedestał, ale się na nim utrzymać. Za sprawą wydanego w 2012 roku good kid, m.A.A.d city młody raper z Compton zrealizował pierwszą część planu na bardzo dobry z plusem. Na kolejny krok przyszło nam czekać aż dwa i pół roku. Jest to jednak krok odważny, rozważny i bezkompromisowy. Co najważniejsze, jest to krok do przodu.

Pozwólcie mi użyć banalnego stwierdzenia: To Pimp a Butterfly to nie jest album dla każdego. Nie spodoba się on słuchaczom, dla których muzyka zaczyna się i kończy na rapie. Nie docenią go ci, którzy fanami Kendricka stali się po usłyszeniu „Swimming Pools” albo pamiętnej zwrotki z „Control”. Jeśli wyznacznikiem jakości rapera jest dla was szybkość pustego słowotoku Eminema„Rap God”, dajcie sobie spokój od razu. Nie jest to też pod żadnym pozorem powtórka z kultowego już good kid, m.A.A.d city,  co z jakiejś przyczyny zdążyło już wstrząsnąć opinią publiczną.

Materiał faworyzuje i wynagradza słuchaczy świadomych muzycznych korzeni hip hopu, którym nie trzeba przedstawiać What’s Going On, Pieces of a Man albo There’s a Riot Going On. Brzmieniowy szkielet płyty skonstruowany został z elementów psychodelicznego soulu, p-funku, jazzu i gdzieś dopiero na końcu hip hopu. Stanowi to ewenement do tego stopnia, że najbardziej rapowo brzmiący utwór — boom bapowe, wzbogacone o raggamuffinowy refren „The Blacker the Berry” — lekko (ale tylko lekko) krępuje swoją pospolitością. Wszystko pozostałe błyszczy odbitym światłem lat siedemdziesiątych, ale jest to blask pełen chwały i zaskakującej świeżości.

„Wesley’s Theory” przesiąknięte jest esencją twórczości występującego w utworze Georga Clintona. Thundercat brzmi tutaj jakby wstąpił w niego duch („Casper, not a friendly but a holy ghost!”) Bootsy’ego Collinsa. Czuwający nad całością utworu Flying Lotus skutecznie adaptuje p-funk do współczesności. Podobne dzieje się z miażdżącym, boogie-funkowym „King Kunta”. „For Free?” i „For Sale?” to najbardziej jazzowe akcenty, będące echem znanych już eksperymentów rapera, jeszcze z czasów Section.80.

Główną dyrektywą jest jednak soul. Tradycyjny, czy ten w nowocześniejszej, soulqarianowej konwencji — nie ma znaczenia, jak to nazwiecie. Zgadzają się jednak jak najbardziej skojarzenia z czasami świetności kolektywu tworzonego przez Dillę, Rootsów, Commona, Erykę Badu i resztę. Słuchając wkładu udzielających się instrumentalnie postaci takich jak Terrace Martin, Robert Glasper, Thundercat, a także udziału Flying Lotusa, Taza Arnolda z Sa-Ra i patronatu Sounwave’a odnoszę wrażenie, że artyści tworzą właśnie takie współczesne, kalifornijskie Soulquarians 2.0. Lekkość ich dopieszczonej i unikającej hiphopowej rutyny współpracy niesie cały album. Nawet kiedy Pharrell wyskakuje z kapelusza, by wtrącić swoje Neptunesowe trzy grosze, nie przełamuje organicznego charakteru To Pimp a Butterfly.

Kompozycję brzmienia dopełnia także sam K-Dot, który za pomocą swojego głosu poddanego naturalnym i sztucznym modulacjom pełni rolę jednego z pełnoprawnych instrumentów. Agresywne flow, high-pitche w stylu André 3000, czasem po prostu klasyczny spoken word — każde słowo rapera w idealnej harmonii współgra ze stroną muzyczną.

Warstwa tekstowa pod względem czystego meritum nie wnosi poważniejszych nowych stawek do rapowej puli. Afrocentryczni Public Enemy, Brand Nubian i Ice Cube, a w późniejszych latach Lupe Fiasco przez The Coup, Killer Mike’a do Immortal Technique’a zdążyli upolitycznić hip hop do granic możliwości. Jedyne co można po nich wszystkich robić to systematyzować tę wiedzę i tym właśnie Kendrick zajął się w sposób wzorowy. „The Blacker the Berry” to prawdopodobnie najlepszy kiedykolwiek powstały utwór hiphopowy wytykający czarnoskórym rasizm i eksploatację zjawiska białej winy. Pomimo ofensywnej mocy tego utworu K-Dot raczej chce gasić pożar, niż dolewać oliwy do ognia. „Complexion (A Zulu Love)” swoim ciepłem stara się zbudować zgodę międzyrasową u jej podstaw, a pod koniec radosnego „i” wygłoszony zostaje wers a capella ze znacznie stanowczym przesłaniem dla czarnoskórego społeczeństwa Stanów.

Wspominając o nagrodzonym dwoma nagrodami Grammy singlu, nie sposób nie zauważyć, jak doskonale wpleciony został w koncept albumu. Obecna na płycie wersja stylizowana jest na występ live grany na ulicy i dla ulicy. Zebrany tłum, reprezentowany przez wszechobecny zgiełk, daje się ponieść pozytywnej energii utworu, ale niestety z czasem dochodzi do kłótni i przepychanek między zebranymi. Rozwścieczony emcee pod wpływem impulsu wygłasza wspomnianą przemowę. W ten sposób pozornie niepasujący do całości singiel doskonale wpasował się w większy obraz. Tak właśnie nagrywa się albumy, a nie jedynie zbiory utworów.

To Pimp a Butterfly to nie tylko polityka, ale również introspekcja. Przez umysł Kendricka przewijają się tysiące wątpliwości związanych ze zdobyciem sławy, uleganiem lub nieuleganiem pokusom nowego życia (pod postacią dziewczyny o imieniu Lucy, opozycji do Sherane z good kid, m.A.A.d city), sentymentalnymi podróżami do rodzinnych stron, życiowych mądrości wygłaszanych przez matkę i babcię (w roli tej ostatniej wystąpił… Bilal). Autentyczna depresja w „u” kontra śmiała odbudowa pogody ducha w „Alright”. Wszystko co zostaje wypowiedziane przez rapera przez szesnaście utworów przeistacza się w kolejne wersy wypowiadanego między piosenkami poematu — za każdym razem coraz dłuższego. Jest to wariacja na temat idei tabula rasa i do tego niesamowicie przemyślana kompozycja szkatułkowa. Najważniejsze jednak jest to, komu ten wiersz zostaje w ostatecznej postaci wygłoszony.

Punktem kulminacyjnym albumu jest wywiad z… Tupaciem. Sama idea zmontowania takiego wywiadu wydaje się być czymś tak niesmacznym jak Drake montujący w Photoshopie wspólne zdjęcia z Aaliyah. Wsłuchanie się i zrozumienie tego wcale-nie-tak-sztucznego dialogu odkrywa karty dotyczące znaczenia albumu jako całości. Najmocniejszą z tych kart jest koncept pośmiertnego przekazania korony króla zachodniego hip hopu, ale to wciąż nie wszystko. Nie zgodzę się z kimś, kto twierdzi, że wywiad jest niepotrzebny i za długi. Doskonale buduje napięcie przed momentem, w którym Kendrick przedstawia kolejny poemat, tym razem o tytułowym motylu, po czym pyta Shakura o opinię. Odpowiedzi jednak nie uzyskuje. Histeryczne „Pac? Pac? Pac?!” jest jak finalna scena filmu, po której nie pozostaje nam nic innego, jak nagrodzić ją owacją na stojąco. Wtedy orientujemy się, że brawa tak naprawdę należą się za cały film, od początku do końca.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure