Recenzja: Janet Unbreakable

Data: 5 października 2015 Autor: Komentarzy:

Janet

Unbreakable (2015)

Rhythm Nation / BMG

Siedem lat to najdłuższa przerwa pomiędzy dwiema kolejnymi płytami w karierze Janet Jackson. Piosenkarka stała się zdecydowanie bardziej enigmatyczna po nagłej śmierci brata w 2009. I chociaż było to jak najbardziej stosowne, na okres jej nieobecności na rynku muzycznym przypadły lata jego bardzo dynamicznego rozwoju. Nie wiem, czy ktokolwiek łudził się więc, że długo oczekiwany powrót Jackson okaże się komercyjnym sukcesem. Pojawiła się natomiast dla Janet niepowtarzalna szansa, by zasadniczo przeformatować swoją muzykę i naprowadzić swoją podupadającą od półtorej dekady karierę na zupełnie nowe tory. Okazji dostarczyło nadejście nowej fali współczesnego R&B, która przybliżyła klasyczne dokonania piosenkarki rzeszy młodszych słuchaczy w zupełnie nowym kontekście — alternatywnego popu zafascynowanego mainstreamem przełomu lat 80. i 90., który tak bardzo różni się od tego, co można usłyszeć w radiu obecnie. Po wydaniu klasycznego midtempo „No Sleeep” wydawało się, że piosenkarka tę szansę nie tylko dostrzegła, a postanowiła postawić wszystko na jedną kartę. Okazuje się jednak, że nie do końca.

Unbreakable od samego początku było trochę albumem-enigmą. Trzy kolejne single zaprezentowane przez piosenkarkę jeszcze przed piątkową premierą krążka pokazywały trzy różne kierunki muzyczne. „No Sleeep” napisane i wyprodukowane we współpracy z dawnymi współpracownikami Jimmy’m Jamem i Terry’m Lewisem odtwarzało kropka w kropkę brzmienie klasycznego „Any Time, Any Place” sprzed 22 lat; „Unbreakable” z ekspresyjnym refrenem wypełnionym słońcem celowało w Janet końcówki lat 90. zawieszoną gdzieś pomiędzy The Velvet RopeAll for You; „Burnitup!” z gościnnym udziałem Missy Elliott z kolei eksplorowało taneczne oblicze Jackson z naciskiem na klubowy vibe znany przede wszystkim z ostatnich płyt piosenkarki. Znamiennie wszystkie trzy numery, podobnie jak zresztą i pozostałe 14 piosenek na krążku, Janet stworzyła wspólnie ze wspomnianymi Jimmy’m Jamem i Terry’m Lewisem, którzy towarzyszyli wokalistce od jej wielkiego przełomu w 1986 roku przez całe dwie dekady i wszystkie kolejne krążki aż do 2006 roku. Nic więc dziwnego, że Unbreakable jest na swój sposób przeglądem dotychczasowych wcieleń piosenkarki (choć z wyraźnym zwrotem w stronę dwóch poprzednich dekad). Unbreakable stylistycznie może jawić się więc wręcz nawet jako płyta z rodzaju Greatest Hits z tym, że z pokaźnym deficytem największych hitów.

Od czasu niewiarygodnego sukcesu Rhythm Nation 1814 Jackson miała problemy z selekcją utworów, każdy kolejny album adaptując na wzór przełomowej płyty. W porównaniu do swoich poprzedników Unbreakable nie jest aż tak upstrzone przerywnikami, przez co być może dobitniej rzuca się w uszy brak koherencji i konsekwencji. Z trwających w sumie ponad godzinę siedemnastu numerów piosenkarka spokojnie mogła była wybrać dziesięć i odbiór byłby zdecydowanie lepszy. Niestety odsłuch obfituje w nieprzemyślane zmiany stylistyczne (przeplatanie tanecznych numerów balladami zawsze było złym pomysłem), które pogłębiają poczucie aranżacyjnego, ideowego i melodycznego dysonansu.

Trzeba jednak przyznać, że nawet pomimo tego refreny Jackson nadal są w większości mocne (z istotnymi wyjątkami — na czele z niezręcznym „The Great Forever”, w którym Janet brzmi jak jej zmarły brat, generycznym „Take Me Away” i stadionowym „Well Traveled”), ale krążek zyskuje pożądany kształt dopiero przy siódmej piosence — niewiarygodnie kojącym „Broken Hearts Heal” — łagodniejszej duchowej kontynuacji „Together Again”. Przechodząc w klubowe „Night”, kolejny z ciekawszych numerów na płycie, Janet nie tylko nie gubi po drodze pozytywnej energii, ale kumuluje i uwalnia ją w house’owym rozwinięciu. Kolejne w programie „No Sleeep” gładko przechodzi w abstrakcyjny hołd dla klasycznego soulu „Dream Maker” sparowany z quiet-stormową „Euphorią”. Rdzeń płyty zamyka być może najbardziej popowy hook na płycie w „2 B Loved”. Poza tym krążek jest już dość nierówny — niosą go natomiast pozytywna energia i sentyment do klasycznego katalogu Janet. Zdecydowanie warto posłuchać także „Lessons Learned” (eterycznej kołysanki zbudowanej wokół akustycznego motywu) płynnie przechodzącej w intymne „Black Eagle” oraz „Dammn Baby” — być może najbardziej współcześnie brzmiącego numeru na krążku, który, gdyby nie jego bardzo progresywny charakter, miałby pewnie szanse zaistnieć w amerykańskim radiu. Warto też wrócić do otwierającego album „Unbreakable”, które dzięki rytmicznie pociętym samplom okazuje się jednym z najbardziej oryginalnych numerów na płycie. Jest też zresztą dobrym kluczem do zrozumienia krążka, na którym starzejąca się piosenkarka ucieka od swojego wcześniejszego wcielenia — odważnie eksponującego seksualne uniesienia, by ukoić pokiereszowaną duszę.

Nie jest to na pewno ten wielki powrót, na który wszyscy czekaliśmy. Muzycznie nie jest to też dla Janet nowy początek, ale koniec końców pomimo pewnych ułomności koncepcyjnych Jackson wraca z tarczą, nie na tarczy — z uśmiechem na twarzy, optymizmem w głosie i kieszeniami pełnymi osobistych tekstów i całkiem niezłych refrenów.

Komentarze

komentarzy