Recenzja: Mbongwana Star From Kinshasa

Data: 10 października 2015 Autor: Komentarzy:

Mbongwana Star

From Kinshasa (2015)

World Circuit

Z Kinszasy prosto na Księżyc. Bo jak mierzyć, to wysoko, a nie ma co udawać, że postawa zachodniego świata względem muzyki i kultury afrykańskiej przez lata przyjmowała oblicza jawnie kolonialistyczne. Zewnętrzne zależności i niuanse geokulturowe z premedytacją ignorowano, w świadomości zachodniego słuchacza z powodzeniem spychając muzykę afrykańską do roli motywu, tematu przewodniego, który w zależności od koniunktury mógł okazać i często okazywał się lukratywny. Jeszcze nie tak dawno muzyka afrykańska w Europie i Ameryce zamknięta była w sklepach na półkach z napisem world music w tytułach takich jak Graceland czy „The Lion Sleeps Tonight”. Istnieli też rzecz jasna artyści, których muzyczne korzenie sięgały Czarnego Lądu, ale zbyt wielu wśród nich transponowało tradycyjne brzmienia afrykańskie na muzyczne mody zachodniego świata, dorzucając swoje trzy grosze do bezkształtnej i bezideowej masy world music.

Sytuację klasycznie wyprostował internet. Muzyka afrykańska znalazła swoich entuzjastów — w Europie powstała prężna scena afrobeatowa, o artystach grających tradycyjną muzykę, takich jak Tinariwen, zaczęła rozpisywać się zagraniczna prasa, powstały inicjatywy reedycji afrykańskiej zapomnianej klasyki na rynkach zachodnich (Awesome Tapes From Africa). Nagle zaczęto próbować patrzeć na Afrykę bez kulturowych uproszczeń. To oczywiście trudne, biorąc pod uwagę, że dla statystycznego Amerykanina czy Europejczyka nie ma większej różnicy między Nigerią, Etiopią a Senegalem — co dopiero mówić o świadomym zgłębieniu kulturowych i stylistycznych niuansów rozmaitych gatunków muzycznych wywodzących się z pokrewnych, ale przecież różnorodnych tradycji. Zachodnie postrzeganie muzyki afrykańskiej jeszcze długo (a może już zawsze) będzie polegało na drastycznych uproszczeniach. Ale nie ma w tym niczego złego. To kultura, jakby nie patrzeć, wciąż dość odległa, a spojrzenie na temat zupełnie z zewnątrz niesie ze sobą przecież samo w sobie coś świeżego, fascynującego, a nawet odrobinę kosmicznego.

I w tym miejscu wracamy na Księżyc, na który, zgodnie z deklaracją zabierają nas członkowie Mbongwana Star, wieloosobowej folktronicznej orkiestry z Demokratycznej Republiki Konga. Zespół powstał przed dwoma laty na gruzach mniejszej grupy Staff Benda Bilili grającej klasyczną mieszankę rumby i kongijskiego folku nazywaną soukous albo afrykańską rumbą, a wydawaną przez belgijską oficynę Crammed. Do tej tradycji muzycznej nawiązuje zresztą także Mbongwana Star, ale im z kolei drogę na zachód utorował inny skład — Konono N°1, który blisko cztery dekady po swoim powstaniu w 2005 roku zaczarował amerykańskich i europejskich krytyków krążkiem Congotronics. Zaczarował zresztą nie bez powodu, można bowiem tę płytę potraktować jako swoisty kamień węgielny stylistyki tradi-modern, która elektryfikuje tradycyjny kongijski trance, trochę tak samo, jak zrobił to Bob Dylan z amerykańskim folkiem w 1965. Korzenie tradi-modern sięgają zresztą równie daleko, bo do lat 70. minionego stulecia. Aż trudno uwierzyć, że Congotronics stało się jednym z pierwszych krążków w tym stylu, które zaistniały w świadomości globalnych słuchaczy. Być może za jakiś czas wspomniane Awesome Tapes From Africa wyciągnie z kapelusza jakieś zapomniane cudo — kto wie. From Kinshasa Mbongwany Star jest natomiast, najprościej rzecz ujmując, kolejnym epizodem w historii tradi-modern czy nawet — następcą Congotronics. W dodatku prawowitym, bo Konono N°1 towarzyszą młodszym kolegom po fachu w jednej z kompozycji — „Malukayi”.

Propozycja Mbongwana Star pozostaje rzecz jasna w silnym związku z z dziedzictwem Congotronics, ale jest przy tym pozycją bardziej zróżnicowaną, choć, trzeba to niezwłocznie podkreślić, równie kosmiczną. Podstawą From Kinshasa także pozostaje plemienna rytmika, która jednak w zależności o numeru przybiera rozmaite formy. Czasem wciąga słuchacza w motoryczny trans z pogranicza afrykańskich obrzędów i zachodniej muzyki technicznej, gdzie jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym pozostaje przebojowy refren z kobiecym imieniem w roli głównej („Suzanna”), innym razem odkrywa funk-rockowy sznyt spod znaku Jamesa Browna w melorecytacyjnej quasi-rapowej próbie przywodzącej na myśl Gańczyka Ata Kak („Masobélé”), a jeszcze kiedy indziej zestawia psychodelicznie rozwarstwiający się tradycyjny wokal z electro z krwi i kości wspomaganym przez żywą perkusję („Kala”). Słowem — tradi-modern pełną gębą. Muzycy nie boją się żonglować kontekstami i ostatecznie wychodzi im to znakomicie. From Kinshasa dla zachodniego słuchacza jest jednym wielkim remiksem — remiksem rozmaitych europejskich, amerykańskich i rzecz jasna afrykańskich motywów, w którym miesza się konfiguracje, stylistyki i znaczenia. Jak to możliwe, że można skonstuować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można polecieć na Księżyc?

Komentarze

komentarzy