Wydarzenia

Recenzja: Daniel Johns Talk

Data: 1 listopada 2015 Autor: Komentarzy:

digit

Daniel Johns

Talk (2015)

Eleven / EMI

Czasami trudno rozpocząć rozmowę po długiej nieobecności. Chciałoby się opowiedzieć o tylu rzeczach, najdziwniejszych inspiracjach, poruszyć wątki, o których do tej pory niełatwo było nawet jasno myśleć. Zadanie to może być tym bardziej skomplikowane, gdy w pamięci wciąż żywe jest wspomnienie jednostajnej krytyki. Słyszeć przy każdym kroku postawionym na mniej utartej, muzycznej ścieżce, że dawne rozwiązania były o wiele lepsze? To musi być strasznie frustrujące. Na szczęście może też mieć zbawienny wpływ na wytworzenie dystansu między własną artystyczną rzeczywistością, a resztą świata. Z tej opcji skorzystał Daniel Johns, który od lat wybiera boczne drogi. Prowadziły go tak nie tylko życiowe zakręty, ale też ludzie, z jakimi współpracował — od Van Dyke Parksa, przez Paula Maca, reżysera Josha Wakely’a, aż po rapera 360. W latach 90-tych startował z pozycji gniewnego lidera „australijskiej Nirvany”, wyrobił sobie markę, ale od swojej pracy oczekiwał więcej, niż tylko gitar, bębnów i pogo. Po zahibernowaniu grupy Silverchair w 2011 roku zasłonił żaluzje i dał sobie czas na eksperymentowanie z dźwiękami, które nie dawały mu spokoju. Sięgał do najróżniejszych gatunków, łączył sample, spisywał nie zawsze zrozumiałe myśli i w ten sposób zrodziło się kilkaset pomysłów na nowe kompozycje. Powracały w nich tematy konwersacji, słów, szczerości, dążenia do prawdy. Z tych wszystkich prób, fragmentów, kolejnych zdań Johns złożył ostatecznie swój pierwszy solowy album Talk.

Przystępując do rozmowy po długiej nieobecności warto być w pełni przygotowanym na rozliczenie się z przeszłością i wyciągnięcie ręki po oczekującą przyszłość. Jednak nie trzeba się od razu szarpać. Wystarczy wyciszyć umysł i poddać ciało wprowadzającej w trans linii basu „Aerial Love”. Nagranie przekuwa wewnętrzny chaos w medytację i zatapia w uczuciowej, muzycznej przestrzeni, zmuszając do pozostawienia swoich przyziemnych problemów gdzieś daleko w tyle. Po takim oczyszczeniu wpada się w słodką otchłań barwnej, elektronicznej krainy „We Are Golden”. Potem można bez większej spinki wskoczyć w dyskusje prowadzone z iście popowym potencjałem, jak w „Dissolve”, „Too Many” z samoistnie zapętlającym się w uszach refrenem, czy wręcz tanecznym „Cool on Fire”. Przemieszczając się pomiędzy nieoczywistymi podkładami wypełnionymi automatami perkusyjnymi, wypada znaleźć w końcu własny rytm. W tym momencie pojawia się „Preach” — jeden z najważniejszych utworów na tym krążku, z tak znamiennym tekstem Now I dance to my own beat / I could only try / Cuz I fall at my own feet / I’m weeping every time.

Rozkręcając się na dobre w rozmowie po długiej nieobecności nie trzeba już wiele, by puścić wodze fantazji i poczuć się przez chwilę jak D’Angelo, a flirtującą gitarą złożyć ukłon Prince’owi. Zmysłowe, neosoulowe „Imagination” równie dobrze mogłoby być zatytułowane „Hej, nie pisaliście jeszcze o mnie na Misce, więc proszę bardzo”. „Chained” zmusza do zgaszenia świateł i przygotowuje na kolejną dawkę szczerości w lekko niepokojącym, wielowarstwowym „Sleepwalker” i następującym po nim, przejmującym „Faithless”. Z łagodnego półsnu, w który może wprowadzić nagranie „Warm Hands”, skutecznie wybudza do życia seksowna, niekoniecznie moralna historia „Going on 16”, jaką Daniel zaczął opowiadać jeszcze podczas ostatnich koncertów Silverchair. Nastoletnie rozochocenie złagodzi ballada aspirująca do miana kolejnej w zacnym gronie wspaniałych kompozycji napisanych na cześć miasta, które nigdy nie śpi. Gdy bardzo niechętnie nadchodzi czas, by się pożegnać, w zamykającym album „Good Luck” padają słowa Don’t know where I’m going / But I know what to do przypominając po raz kolejny, że Johns zawsze był niesamowitym tekściarzem, trafiającym idealnie w emocjonalny punkt.

Trzeba wykazać się nie lada odwagą, żeby zaproponować tak otwartą i wielowątkową rozmowę po długiej nieobecności. Australijczyk bez mapy zapuścił się w dźwiękowe rejony, w których prawdopodobnie mało kto nawet o nim słyszał. Jednak znalazł po drodze kilku chętnych na wspólną wyprawę — Joela Little, Juliana Hamiltona, czy duet Damn Moroda. Chociaż wyrósł z grunge’owych korzeni teraz porównywany jest do takich wykonawców jak Jesse Boykins, Chet Faker, JMSN. Uaktywniając swoją wewnętrzną Janet Jackson obrał całkowicie niespodziewany muzyczny kierunek i podąża nim zupełnie naturalnym, pewnym krokiem. Nic nie jest tutaj wymuszone, czy zbyt przekombinowane. Wokalnie Daniel z lubością wspina się na wyżyny falsetu, ale nie brakuje też momentów, w których jego głos, jakby z oddali, brzmi za całą rockową mocą.

Talk jest niezwykle intrygującą rozmową po długiej nieobecności. Wciąga do tego stopnia, że bardzo trudno jest ją w końcu przerwać. Jeśli na kolejną trzeba będzie poczekać nawet dziesięć, a może i więcej lat, to to wydawnictwo utwierdza w przekonaniu, że Daniel Johns po powrocie będzie miał jeszcze więcej do opowiedzenia.

Komentarze

komentarzy