
Milo
So the Flies Don’t Come (2015)
Ruby Yacht

Pamiętasz ten moment, kiedy jeden z twoich kolegów podczas cotygodniowego meczu kadetów w koszykówkę rzucał czterdzieści pięć punktów, notował kilkanaście zbiórek i asyst, a miejscowa drużyna gromiła lokalnego rywala kolosalną różnicą punktów? Albo kiedy po raz pierwszy z zaskoczenia usłyszałeś piorunujący głos twojej koleżanki z klasy śpiewającej któryś z popularnych standardów w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałeś? Nawet jeśli nie przytrafiło ci się to bezpośrednio, na pewno jesteś w stanie wyobrazić sobie uczucie braku wątpliwości odnośnie do przyszłości i rozwoju tej osoby. Podobne odczucie towarzyszy raptem trzydziestominutowemu spotkaniu z najnowszym krążkiem Milo.
Jeden z najciekawszych hip-hopowych materiałów 2015 roku pochodzi z Wisconsin. Dla statystycznego odbiorcy gatunku, który lubi utożsamiać swoje preferencje z mapą Stanów Zjednoczonych, jest to żadna wskazówka. Konsekwentnie So the Flies Don’t Come nie pozwala przypisać się do żadnego miejsca, ani żadnej kategorii. To zaskakujący na całej przestrzeni lot, nieskrępowany niczym swobodny przepływ myśli i niewymuszone dążenie do wyrażenia siebie często bardzo abstrakcyjnymi środkami. Pozycja, która bez problemu usadowiłaby się wygodnie w katalogach takich oficyn jak Def Jux czy Anticon.
Warstwa instrumentalna powala eksperymentalnymi, jazzowymi, a często nawet ambientowymi aranżacjami. Forma zdaje się dla gospodarza nie istnieć — akcenty sekcji perkusyjnych są pozornie tylko niedokładnie poprzesuwane, a charyzmatyczne, prowadzone na granicy rapu i śpiewu refreny wymieszane z zapętlonymi zdaniami wypełniającymi ich funkcj. Z jednej strony otrzymujemy naprawdę słoneczny vibe uzyskany zarówno poprzez organiczne brzmienia, jak i rytmikę przypominającą niejeden hit DJ’a Quika („Souvenir” czy „True Nen”), z drugiej zaś artysta przenosi nas w te bardziej niezbadane zakamarki nocnych wycieczek w głąb siebie, delikatnie zwalniając, pozwalając mroczniejszym wymiarom na ekspozycję (niemalże akustyczne „Napping Under the Echo Tree” czy nowoczesne, niepokojące „Re: Animist”). Najpiękniejsza w tym kolażu jest niesłychana spójność krążka i wyrazista pełnia każdej kompozycji.
Niewiele płyt może szczycić się tak wzorową symbiozą pomiędzy warstwą instrumentalną a tekstami. Spoken word to w tym przypadku nie tylko forma wykonania utworu, ale również metoda pisania tekstów, które mogą czasem zabrzmieć jak pierwszy kontakt z twórczością takich poetów jak E.E. Cummings. Specyficzny dobór słownictwa, stosowanie techniki strumienia świadomości, mnożenie odniesień do współczesnej popkultury i bardzo refleksyjny styl obserwacji w całej swojej zawiłości zdają się zmagać z próbą rozliczenia się z pierwszym intensywnym odczuciem przemijania — okresem przechodzenia w dorosłość, który tak głęboko odczuwamy wewnątrz, a słowami potrafimy obrzydliwie spłycić.
Jedynym zarzutem mogą być pojedyncze słowa czy wersy, które swoją prostotą nie współgrają z głębią i patosem ogółu warstwy tekstowej, ale w kontekście całej podróży są raczej niezauważalne i w gruncie rzeczy wpisują się w koncept łączący poetycką wrażliwość ze słonecznym, tryskającym młodością luzem. Dla takich numerów jak zapierające dech w piersiach, wielowarstwowe „An Encyclopedia” czy zamykające album „Song About a Raygun (An Ode to Driver)”, które zdaje się być przesiadką w satelitę wynoszącego Milo na wyższą platformę, wybaczyć można tak nieistotne detale. Ponieważ mimo naturalnie wyśrubowanego poziomu krążka, jego finał zdaje się zwiastować zdecydowanie więcej.


Komentarze