Recenzja: Anthony Hamilton What I’m Feelin’

Data: 4 kwietnia 2016 Autor: Komentarzy:

Anthony Hamilton

What I’m Feelin’ (2016)

RCA

Anthony Hamilton, mimo niewątpliwych sukcesów i komercyjnych, i artystycznych przed dziesięcioma laty, nigdy tak naprawdę nie przedarł się do neo-soulowej ekstraklasy. Jego kolejne krążki nie stawały wydarzeniami, a „Charlene” czy „Can’t Let Go” trudno umiejscowić gdziekolwiek na mapie historii muzyki soul w 2016 roku. W Europie kontynentalnej z istnienia Hamiltona zdano sobie szerzej sprawę dopiero przed kilkoma laty przy okazji soundtracku do Django. To wszystko o tyle niezrozumiałe, że Hamilton nie tylko jest świetnym songwriterem i wokalistą, ale ma znakomite wyczucie istoty muzyki soul, co po raz kolejny demonstruje na wydanym przed tygodniem siódmym studynym krążku What I’m Feelin’, który najpewniej nie okaże się punktem zwrotnym jego kariery, ale może paradoksalnie właśnie dlatego po tę płytę sięgnąć.

Nie można stwierdzić wprost, że Hamiltonowi brakowało charyzmy czy pomysłów, ale w obu przypadkach był od samego początku odrobinę zachowawczy. Zabrakło może żyłki showmana w stylu Prince’a czy ekscentrycznych koncepcji Eryki Badu, przez co Hamilton stał się artystą, którego się szanuje i docenia, ale raczej uśmiechając się pod nosem, gdy akurat usłyszy się go w radiu, aniżeli jadąc kilkaset kilometrów na koncert, by zająć miejsce w pierwszym rzędzie. Hamilton zresztą chyba bardziej pasuje do lokalizacji, gdzie o miejsce nie trzeba specjalnie walczyć, bo nadrukowano je na bilecie. Niemniej jednak What I’m Feelin’ jest krążkiem po brzegi wypełnionym neo-soulową energią — niekoniecznie zapełniającą stadiony, ale bez wątpienia dającą się wpisać w muzyczną plejlistę gdzieś między ostatnią płytą D’Angelo a którymś z klasycznych krążków Steviego Wondera. Chodzi oczywiście o feeling, bo brzmieniowo Hamilton to jednak trochę inna bajka. W dalszym ciągu słychać w jego twórczości bezpośrednie nawiązania do Ala Greena czy Teddy’ego Pendergrassa, ale to płyta bez dwóch zdań współczesna. Hamilton nie boi się ani nowoczesnego R&B, ani południowego soulu, ani gospel i wszystkie te elementy znajdziemy na krążku — na szczęście wmieszane równomiernie w każdy z utworów.

Jednemu z hajlajtów, płomiennemu neo-gospelowemu „Take You Home” opartemu na organowym motywie towarzyszy pędzący, odrobinę połamany bit — tylko wypatrywać trapowego break’u — nic takiego jednak się nie dzieje. A wspomniany break nawet bardziej wpasowałby się jeszcze w czerpiący z podobnych środków, ale inaczej rozkładający akcenty pierwszy singiel „Amen”. Otwierające krążek „Save Me” to z kolei elektryzująca fuzja soulu, funku i amerykańskiego rocka alternatywnego przełomu lat 70. i 80. Piosenkarz znakomicie wypada jednak także w subtelniejszym repertuarze — tytułowy utwór ze znaczącym udziałem zaprzyjaźnionej grupy The Hamiltones to bez wątpienia jeden z ciekawszych numerów w całej dyskografii piosenkarza — dzięki znakomicie wyważonej aranżacji i kunsztowi wokalnemu zespołu z powodzeniem przenosi słuchacza do świata gustownego smooth soulu pierwszej połowy lat 70. spod znaku Curtisa Mayfielda czy wspomnianego Ala Greena.

Komentarze

komentarzy