Recenzja: James Blake The Colour in Anything

Data: 20 lipca 2016 Autor: Komentarzy:

James Blake

The Colour in Anything (2016)

Polydor

James Blake to kreatywna bestia. Ma na siebie wiele pomysłów, ale w tej chwili — żadnego konkretnego. The Colour in Anything brzmi trochę tak, jak się nazywa. Blake rzeczywiście zręcznie wydobywa koloryt z tytułowego czegokolwiek — wychodzi od doskonale znanego paradygmatu swojego głośnego debiutu, ale zamiast prostej post-dubstepowej fuzji future garażu i R&B, buduje post-modernistyczny dźwiękowy kolaż, który trochę słuchacza rozpieszcza, trochę zadziwia, ale ostatecznie w trakcie swojego ponad 76-minutowego biegu jednocześnie trochę nuży.

Trzy lata temu Blake w świetnym stylu umknął syndromowi drugiej płyty, stąd istniało niebezpieczeństwo, że kryzys twórczy da mu się we znaki z pewnym opóźnieniem. Blake zrobił jednak unik i paradoksalnie tym dziwacznym, nierównym materiałem pokazał niedowiarkom, że się przeliczyli. W chaotycznej, rozciągniętej, niestroniącej od rozmaitych wokalnych filtrów i galerii dźwiękowego efekciarstwa The Colour in Anything jest coś fascynującego, a nawet rozkosznego. Magnetyzm awangardowego Blake’a to raczej momenty, detale — jak niechlujnie wplecione w bieg psychotycznie połamanego „Choose Me” sample ptasich odgłosów czy hyperdubowska powtarzalność wybrzmiewającego jak sygnał alarmowy sampla rozczłonkowującego kameralny nastrój „Always”. Nie da się ukryć, że na płycie Blake sumiennie dekonstruuje swoją dotychczasową twórczość, jej podwaliny i nowe inspiracje, a cały ten bałagan zlepia razem po swojemu.

The Colour in Anything brzmi jak walka z kryzysem twórczym, ze zjadaniem własnego ogona, z marazmem i nijakością — i to walka w dużej mierze wygrana, bo na swój sposób formatująca stylistykę artysty na nowo, ale — i to nawet bardziej w tym wszystkim istotne — wpędzająca go poniekąd w ślepy zaułek. Przy kolejnej płycie poszerzenie pola walki już mu nie wystarczy — albo będzie musiał napisać się zupełnie na nowo, albo skończy wsamplowując Björk w artymiczną miazgę.

Trudno tę płytę podzielić na single. Nawet sam piosenkarz miał z tym nie lada problem i ostatecznie w przededniu płyty wypuścił w tym charakterze jednocześnie aż trzy utwory. Zupełnie niepotrzebnie, choć rzeczywiście, by zatopić się w kreowany przez niego krajobraz, trzeba nadstawić ucha na dłużej i nawet wówczas nie sposób znaleźć tu numer o potencjale „Limit to Your Love” czy „Retrograde”. Pomimo odstręczającego wstępu, nieprzystającą wręcz do reszty materiału prostotą, lekkością i bezpośredniością ujmuje refren położonego idealnie w centrum krążka „My Willing Heart” napisanego wspólnie z Frankiem Oceanem — które brzmieniowo zawiera się gdzieś pomiędzy „Bad Religion” tego drugiego a utworami z niezapomnianego Sea Change Becka.

Awangardowy Blake z całym dobrodziejstwem pulsującego rozmaitymi kolorami post-dubstepowego inwentarza to twardy orzech do zgryzienia. Po uporaniu się ze skorupką można na krótko rozsmakować się w jego wnętrzu, ale kto wie, na jak długo go wystarczy.

Komentarze

komentarzy