Recenzja: Kandace Springs Soul Eyes

Data: 8 sierpnia 2016 Autor: Komentarzy:

13119075_1042994979108367_7479561263802452814_n-600x600

Kandace Springs

Soul Eyes (2016)

Blue Note

Czekałem na ten album z niecierpliwością od momentu, w którym usłyszałem wydaną w 2014 roku debiutancką epkę Kandace Springs nagraną dla Blue Note Records. To były tylko cztery kawałki, ale potrafiły niesamowicie zachęcić do sprawdzenia większego projektu, który miał zostać wypuszczony za jakiś czas. Sporym zaskoczeniem było dla mnie jednak to, że Soul Eyes w zasadzie odchodzi od stylistyki znanej z epki. Tam słuchaliśmy przyjemnego R&B, a na debiutanckim krążku przenosimy się w świat subtelnego jazzu.

Przyznam szczerze, że na początku trochę się bałem finalnego efektu, bo oczekiwałem materiału bardziej przypominającego właśnie to, co usłyszałem na krótkim wydawnictwie sprzed dwóch lat, ale już pierwsze kilka odsłuchów zmyło wszystkie obawy. Zresztą sama Kandace powiedziała, że tamte nagrania nie były do końca tym, o co jej chodziło i właśnie stylistyka, którą słyszymy na Soul Eyes odpowiada jej najbardziej. Trudno się dziwić, bo odnajduje się w niej rewelacyjnie. Mamy bowiem do czynienia ze świetnym prawdziwie czarnym głosem i być może pierwszą tak dobrą wokalistką jazzową od czasu Lizz Wright czy Nory Jones. Swoją drogą, inspiracje tą ostatnią są na płycie dosyć wyraźne. Nie może być jednak mowy o żadnej kopii — Kandace ma świetny, jak to powiedział Terence Blanchard, „przydymiony” wokal, który idealnie sprawdza się w takich numerach jak tytułowe „Soul Eyes”, które jest zresztą coverem klasycznego już utworu Mala Waldona. Pięknie czuć klimat jakieś tonącej w oparach dymu sali klubu jazzowego. Wrażenie potęguje wolno sunąca trąbka wspomnianego Blancharda udzielającego się na płycie w sumie w dwóch numerach.

Ta kompozycja nie jest jedynym coverem. Wystarczy wspomnieć chociażby „The Wolrd Is a Ghetto” — wydawałoby się, że numer został już ograny na wszelkie możliwe sposoby, ale Kandace udało się dodać do tej listy swoje trzy grosze i w jej wykonaniu piosenka również brzmi rewelacyjnie. To, że akurat znalazła się na trackliście pokazuje jedno — jazz jest tu osią płyty, ale wychodzą z niego również takie gatunki jak soul, a nawet pop, co słychać na przykład w „Place to Hide”. Poza coverami są oczywiście numery napisane specjalnie na potrzeby płyty jak na przykład „Novocaine Heart” — chyba jedyny bardziej żywiołowy track na krążku. Materiał w większości jest raczej stonowany, więc trochę szybsze, lekko pulsujące granie stanowi miłą odmianę. Przy okazji słychać, że Kandace potrafi się odnaleźć także w nieco żywszych produkcjach. Aż chciałoby się więcej!

Warstwa muzyczna jest dość oszczędna — pianino, gitara akustyczna, bas, klawisze i perkusja. Bardzo dobrze słucha się tej mieszanki za sprawą Larriego Kleina — legendarnego producenta odpowiedzialnego za nagrania Joni Mitchell, Herbiego Hancocka czy wspomnianej Lizz Wright. Jest tylko jedno „ale” — produkcji zdecydowanie brakuje jednak trochę brudu — wszystko jest tu nienaturalnie wręcz czyste i gładkie, a przydałoby się usłyszeć choć trochę pazura.

Debiut Kandace Springs to udany album, dobrze nastrajający na przyszłe projekty młodej wokalistki z południa Stanów i pokazujący, że artystka jest świadoma swojego głosu i drogi, którą chce podążać.

Komentarze

komentarzy