Recenzja: De La Soul and the Anonymous Nobody…

Data: 5 września 2016 Autor: Komentarzy:

delasoul

De La Soul

and the Anonymous Nobody… (2016)

A.O.I., LLC

Dwanaście lat kazali nam czekać na swój dziewiąty album panowie z De La Soul. Przez ten długi czas nie zniknęli na dobre — wydali dwa poboczne projekty, ale pełnowymiarowa płyta ukazała się dopiero teraz. Nie oszukujmy się, kiedy legendy wracają z kolejnymi krążkami, ich powroty nie zawsze są warte uwagi, że wspomnę tylko ostatnie dokonania KRS-One’a. Istniała więc obawa, że hip-hopowi weterani mogą nie dać rady. Na szczęście and the Anonymous Nobody… spełnia oczekiwania, a nawet więcej — zaskakuje.

Jak powiedzieli sami zainteresowani, jako zespół nie chcieli się już babrać w korporacyjnym szambie wytwórni płytowych, więc postanowili wydać album niezależnie. Zebrali pieniądze poprzez crowdfunding i po jakimś czasie udało im się dojść do ponad sześciuset tysięcy dolarów! Zaprosili do współpracy muzyków sesyjnych i z jam sessions, które powstały na potrzeby płyty, wyprodukowali praktycznie wszystkie podkłady. Już to samo w sobie jest ciekawe, ale nie jest tym zaskoczeniem, o którym pisałem na początku. Tym co zasługuje na szczególną uwagę jest to, że nowy album grupy jest być może najbardziej różnorodnym muzycznie dokonaniem w jej dyskografii.

Na początku niewiele na to wskazuje, bo kilka pierwszych, następujących po poetyckim wstępie Jill Scott utworów mogłoby spokojnie znaleźć się na którymś z poprzednich albumów zespołu. Świetne „Property of Spitkicker.com” jest jakby żywcem wyjęte z pierwszej części Art Official Inteligence, a nie mniej doskonałe „Pain” pasowałoby chociażby do The Grind Date. Inny piękny kawałek, w którym słychać soulowe naleciałości, co zresztą potwierdza udział śpiewającej w nim Estelle, to „Memory of… (US)” z delikatnymi partiami rhodesów i smyczkami. Jest więc ciekawie, ale z początku nieco ostrożnie. Chwilę później wchodzą gitary i ze spokojnego dotychczas brzmienia album przechodzi w mocne rockowe uderzenie. To słychać w trzech kolejnych numerach, szczególnie w ponad siedmiominutowym „Lord Intended”, w którym warstwa muzyczna, w szczególności długa gitarowa solówka, przyćmiewa wokalne popisy Posa i Dave’a. Taka sytuacja ma miejsce jeszcze w kilku przypadkach, w tym w niemalże orkiestrowym „Drawn” z gościnnym udziałem Little Dragon. Tu następuje długi wstęp, powolnie tworzy się klimat i nagle zmienia się tempo, gdy wchodzi perkusja, a głowa sama zaczyna się bujać. Niemniej jednak to w zasadzie piosenka wokalistki szwedzkiego zespołu — Yukimi Nagano — chłopaki z De La Soul dopowiadają swoje trzy słowa dopiero na końcu.

To przede wszystkim album świetny muzycznie. Hip-hop to punkt wyjścia, do którego czasami się wraca, jak chociażby w „Whodini” czy „Nosed Up”, wszystko kręci się wokół niego, ale and the Anonymous Nobody… pokazuje przede wszystkim jak pojemny to gatunek. Może nie widać tego tu tak wyraźnie jak na przykład na Speakerboxxx/The Love Below Outkast, ale niewątpliwie budzi skojarzenia chociażby z Electric Circus, z tą różnicą że tam Common dorównywał warstwie muzycznej, a tu czasami ma się wrażenie jakby Pos i Dave pozostawali gdzieś w cieniu. W swoim rapie są bowiem dość nieinwazyjni, co też oczywiście może podobać. Miło słucha się ich tekstów o relacjach damsko-męskich, chorym ego czy o tym jak ból sprawia, że stajemy się lepszymi ludźmi, ale nieważne o czym by rapowali, i tak muzyka wchodzi na pierwszy plan. Krążek jest też wyładowany gośćmi i w tym aspekcie także przejawia się jego różnorodność. Wyobrażaliście sobie kiedyś na jednej trackliście zobaczyć Ushera, 2Chainza, Snoopa, Davida Byrne’a i Damona Albarna? Takie zestawienie musi robić wrażenie, ale udział większości z nich znów powoduje, że rapowe popisy głównych bohaterów gdzieś umykają.

Koniec końców and the Anonymous Nobody… to udany powrót po tak długiej przerwie. Dwanaście lat robi swoje, trendy się zmieniają, nowi artyści wchodzą na scenę, ale De La Soul postarali się i zrobili album nie tylko ciekawy, ale taki, do którego chce się wracać, nawet mimo tego, że rap schodzi tu na drugi plan. Zresztą w twórczości De La Soul to nie on zawsze był najważniejszy.

Komentarze

komentarzy