Recenzja: Solange A Seat at the Table

Data: 5 października 2016 Autor: Komentarzy:

Solange

A Seat at the Table (2016)

Saint

Po zeszłotygodniowej premierze trzeciego longplaya w karierze Solange widać jak na dłoni, jak długą artystyczną drogę przeszła — od wydanego na pół roku przed Dangerously in Love Beyoncé trzecioligowego debiutu, przez zdradzające pewne ambicje twórcze nie do końca fortunnie pożenione z gatunkowymi schematami Sol-Angel and the Hadley St. Dreams, po definiującą Solange po raz pierwszy jako świadomą i konsekwentną artystkę epkę True stworzoną we współpracy z Devem Hynesem. Wtedy też piosenkarka definitywnie przestała być młodszą siostrą swojej sławnej siostry, a teraz z czystym kontem i zapasem sił twórczych wydała nareszcie swoją pierwszą kompletną artystycznie długogrającą odsłonę — A Seat at the Table.

Radykalne zmiany w sposobie dystrybucji muzyki — możliwość ominięcia dużej wytwórni, by krążek w legalnej i zgodnej z intencjami twórcy formie mógł dotrzeć do odbiorców na całym świecie, bez wątpienia wpływa na brzmienie i charakter wydawanej ostatnio muzyki. Doskonale tę zależność zademonstrował przed miesiącem Frank Ocean — jego Blonde nie tylko stało się symbolem ucieczki od supremacji dużej wytwórni, ale pokazało dobitnie, jak priorytety artystyczne rozmijają się z komercyjnymi. Usłyszeliśmy bowiem album bez choćby jednego typowego singla — formą przypominający emocjonalny szkicownik. Solange nie musiała co prawda od nikogo uciekać — od lat jest na swoim — ale nagrała płytę, która jeszcze w latach 90. mogłaby być przez dużą oficynę odrzucona z banalnego powodu — braku ewidentnego przeboju. Tak przez osiem lat na półce leżakował Kamaal/The Abstract zaproszonego zresztą do współpracy przez Solange Q-Tipa. Przy okazji ledwie siedmioutworowego True wielu zadawało sobie pytanie, czy siłą epki nie jest przypadkiem w dużej mierze jej kompaktowy rozmiar i zastanawiało się, jak piosenkarka poradzi sobie na dłuższym dystansie. I oto mamy odpowiedź! A Seat at the Table to longplay z krwi i kości, dbający jednakowo o szczegół i ogół — album, który pochłania się jednym tchem. Wszystko dzięki przemyślanej wizji i zmaterializowanemu dopiero teraz, ale wypracowywanemu latami brzmieniu.

W pierwszej chwili dzięki rozlicznym mówionym interludiom płynnie wpisanym w bieg kolejnych kompozycji album naturalnie przywodzi na myśl przebieg The Miseducation of Lauryn Hill, ale to tylko jeden z wielu tropów. Osobiste retrospektywne ujęcie czarnego dziedzictwa będące tematyczną osią płyty (a zawarte w dużej mierze w reportażowym sposobie narracji) przypomina już bowiem raczej poszukiwanie własnych korzeni przez Matanę Roberts na Mississippi Moonchile — fantastycznej drugiej części jej projektu Coin Coin. Stricte muzycznie Solange plasuje się jednak zupełnie gdzieś indziej — pomiędzy sophistipopowym anturażem KING, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt Eryki Badu a delikatną aurą niezapomnianej Minnie Ripperton. A Seat at the Table to płyta nagrana w tradycji neo-soulu, ale jednocześnie wyraźnie korespondująca z charakterystycznym synthfunkowym brzmieniem, które Solange wypracowała przed czterema laty z Devem Hynesem na kultowym już True. Tym razem co prawda z piosenkarką współpracowało wielu rozmaitych producentów, ale nad całością czuwał weteran soulu Raphael Saadiq. I być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe bijący od A Seat at the Table, który, trzeba podkreślić, sam w sobie nie decyduje o wartości tej skądinąd zrealizowanej zgodnie z duchem czasu płyty — ale to właśnie dzięki niemu krążek już w chwili premiery można uczciwie położyć na półce w towarzystwie klasycznych neo-soulowych albumów. Sama Solange jest na krążku subtelna, ale też szczera, zdecydowana i pewna siebie. Z pomocą Saadiqa po mistrzowsku udało jej się przekuć synthsoulowy minimalizm True na bardziej złożoną brzmieniowo tkankę.

W jednym z hajlajtów krążka — osadzonym na przestronnym wielowarstwowym bicie „Cranes in the Sky” Solange mierzy się z obezwładniającą samotnością, melodycznie odnajdując się gdzieś pomiędzy Eryką Badu a Dirty Projectors. Z kolei nawiązujące tytułem do marki odzieżowej z lat 90. „F.U.B.U.” („For Us, by Us”) to z jednej strony muzyczna reinkarnacja soulu na jazzrapowych bitach spod znaku debiutu D’Angelo, z drugiej zaś przeciwstawiający się wciąż piętrzącym się we współczesnej Ameryce stereotypom rasowym inspirujący czarną społeczność wyrazisty muzyczny manifest. Nie mniej połamane melodycznie, ale mimo tego z powodzeniem rekonstruujące vibe złotej ery funku jest „Junie” oparte na moogowym motywie wyciągniętym jakby z klasycznych płyt Steviego Wondera. A Seat at the Table to także kolejna płyta nurtu nowego R&B, na której rozliczni zaproszeni do współpracy zaprzyjaźnieni artyści nie tylko nie rozbijają koncepcji krążka i nie odwracają uwagi od gospodyni, ale wtapiają się w wykreowane muzyczne uniwersum i bezbłędnie odnajdują w rozpisanych dla nich rolach. W jakimkolwiek innym przypadku trudno byłoby pomyśleć, że zaproszenie na płytę R&B Lil Wayne’a nie zmieni diametralnie jej przebiegu (nie trzeba zresztą daleko szukać, wystarczy wziąć na warsztat swoją drogą mimo wszystko znakomite „Let Me Love You” z tegorocznej płyty Ariany Grande) — na A Seat at the Table Solange znalazła dla niego przy nakrytym przez nią stole miejsce na tyle komfortowe, że trudno wyobrazić sobie „Mad” bez niego. Nie sposób zresztą nie dojść do wniosku, że tytułem i zawartością A Seat at the Table Solange zaprasza nas do własnego stołu. Nie wszyscy z tego zaproszenia skorzystają, ale z pewnością dla każdego znajdzie się miejsce.

Komentarze

komentarzy