Recenzja: Shura Nothing’s Real

Data: 17 listopada 2016 Autor: Komentarzy:

Shura

Nothing’s Real (2016)

Polydor

Shura zaprezentowała swój pierwszy solowy utwór już w 2014 roku. Opublikowanie „Touch” stanowiło przełomowy moment w kształtowaniu się jej muzycznej kariery — rosnąca liczba wyświetleń teledysku na Youtube, niezliczona ilość blogów rozpisujących się o kawałku i niespodziewana popularność doprowadziły Shurę do ataku paniki. Tytułowy singiel z debiutanckiego albumu artystki bezpośrednio nawiązuje właśnie do tego zdarzenia i jego konsekwencji. Na Nothing’s Real trzeba było czekać ponad dwa lata, ale czas ten Alexandra Denton w pełni wykorzystała.

Złożony z 12 utworów krążek obrazuje rozwój, jaki dokonał się w twórczości Brytyjki. Już od początku Shura nakreśliła swoją stylistykę — osadziła „Touch” w dreampopowych ramach, jednocześnie bardzo wyraźnie wskazując na inspiracje latami osiemdziesiątymi, R&B lat dziewięćdziesiątych i współczesną twórczością Blood Orange — taki zestaw brzmień stanowi podstawy, na których zbudowano Nothing’s Real. Shura nie ukrywa również swojego zainteresowania ikonami muzyki pop — momentami jest młodą Kylie Minogue („White Light”), niekiedy fascynuje się początkami twórczości Madonny („Nothing’s Real”), a dodatkowo wkracza w dorosłość niczym Janet Jackson na Control („Kidz ‚N’ Stuff”).

Tematyka utworów skupia się głównie na problemach uczuciowych, które zostały podane w dosyć prostej formie lirycznej, ale zawierają wyraźne odniesienia do przedmiotów („With a cheap clock ticking above my head”) czy miejsc („Walking home down the Uxbridge road / Headphones on I got a cigarette rolled”), dzięki czemu zyskują na autentyczności. Shura porusza się gdzieś między codziennością a światem fantazji, co znakomicie zestawia z synthpopową aurą. Doświadcza pierwszych rozczarowań wynikających ze zderzenia wyobrażeń z rzeczywistością. Można odnieść wrażenie, że sama nie do końca wie, co jest prawdą i co dzieje się właśnie teraz, a co stanowi tylko retrospekcję wydarzeń składających się na historię jej rozpadającej się miłości. To zawieszenie między wspomnieniami a teraźniejszością tworzy wyjątkowo nostalgiczny klimat — mimo to płyta wcale nie jest ciężka czy przytłaczająca — charakterystyczne melodie, chwytliwe refreny i eteryczna perkusja nadają Nothing’s Real dużo większej dynamiki niż można się było tego spodziewać. Choć utwory powstawały na przestrzeni ostatnich dwóch lat, album stanowi spójną całość. Jeden kawałek płynnie przechodzi w kolejny, co tworzy zwięzłą opowieść, a nie zbiór przypadkowych singli. Z jednej strony uwagę przykuwa niezwykła wrażliwość w „2Shy” i „Touch”, z drugiej „Indecision” i „Make It Up” niosą za sobą porządną dawkę rytmu i pozytywnej energii.

Na swoim debiucie Brytyjka konsekwentnie trzyma się określonego pomysłu na siebie — i nie chodzi tu tylko o styl muzyczny, ale także wizerunek czy nawet okładki singli. Shura wpisuje się w falę nowego popu — niekoniecznie opartego o wielkie mainstreamowe hity, ale popu wartościowego, wyrastającego z indywidualnej wizji samego siebie, znajomości muzycznych trendów i łączenia ich z inspiracjami z poprzednich dekad. Ponadto Shura z nieśmiałej i anonimowej postaci przeszła drogę w kierunku artystki świadomej i dojrzałej — bez wahania mówiącej o swojej orientacji seksualnej, a także docierającej do uniwersalnego słuchacza. Z połączenia synthpopu, muzyki disco i R&B stworzyła album, który bez wahania można zaliczyć do grona najlepszych tegorocznych debiutów.

Komentarze

komentarzy