Recenzja: Bruno Mars 24K Magic

Data: 25 listopada 2016 Autor: Komentarzy:

Bruno Mars

24K Magic (2016)

Atlantic

Przyznam, że sporo czasu zajęło mi dojście do tego, czy po jęczącym w potwornym bólu Brunie Marsie, że „złapałby dla ciebie granat”, można spodziewać się czegokolwiek niż umiejętnie sformatowanego radiowego popu. Początki są dramatyczne. Wydane w 2010 Doo-Wops & Hooligans (wyprodukowane przez nieistniejący już de facto kolektyw produkcyjny prowadzony przez Marsa — The Smeezingtons) to faktyczna i metaforyczna droga przez mękę. Dwa lata później Marsowi z pomocą przychodzi na szczęście Mark Ronson, który sam, wtedy już od wielu od lat, zajmuje się przepisywaniem przeszłych inspiracji na współczesny radiowy pop i na tę ścieżkę sprowadza Marsa. „Locked Out of Heaven”, czołowy singiel z wciąż nierównego Unorthodox Jukebox, to świadomy ukłon w stronę new wave’u spod znaku The Police i jedna z najciekawszych radiowych propozycji roku. Kiedy końcówka 2014 przynosi „Uptown Funk”, jeden z najlepiej sprzedających się singli wszech czasów, trudno nie wiązać przyszłości Marsa z szeroko pojętym funkiem. I rzeczywiście — fundament 24K Magic stanowią odmieniane przez wszystkie przypadki syntezatorowy funk, disco i boogie.

Mars jest przykładem piosenkarza obdarzonego niewątpliwym talentem wokalnym i ponadprzeciętną charyzmą, ale zajmującego się raczej przetwarzaniem trendów niż ich kreowaniem. Przetwarzaniem, warto dodać, nierzadko nienagannym, czego doskonałym potwierdzeniem jest właśnie 24K Magic, na którym Mars nie tylko sięgnął w poszukiwaniu inspiracji do złotego okresu czarnej muzyki, ale umiejętnie przepisał to wciąż żywe w świadomości słuchaczy brzmienie na perfekcyjnie przebojowy radiowy pop. Co równie ważne — Mars brzmi na krążku niezwykle swobodnie — jakby zarejestrowany materiał był efektem spontanicznego weekendowego spotkania z grupą znajomych, gdzie funkujące R&B wydaje się najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Słuchając 24K Magic, przepływa się z numeru do numeru nie mniej lekko niż przez Off the Wall Michaela Jacksona czy Make It Last Forever Keitha Sweata. Porównania o tyle zasadne, że właśnie R&B przełomu lat 80. i 90. Mars inspirował się najwyraźniej — zupełnie jak przed kilkoma laty Solange na funkującej syntezatorowej epce True.

Ostateczny kształt płyty nie był jednak wcale oczywistością — poza stałym współpracownikiem Marsa Jeffem Bhaskerem i spodziewanym w tym kontekście Markiem Ronsonem w kontekście krążka pojawiały się nazwiska Babyface’a, Missy Elliott czy nawet Skrillexa. Ostatecznie za produkcję całości odpowiedzialny jest tajemniczy kolektyw Shampoo Press & Curl (w którego skład poza Marsem wszedł także najprawdopodobniej także Ronson), a w części także The Stereotypes, którzy przed laty stworzyli brzmienie na Year of the Gentleman Ne-Yo, czego pokłosie słychać zresztą także u Marsa. Babyface z kolei pomógł piosenkarzowi dopracować niedokończoną od lat klasyczną balladę Too Good to Say Goodbye, która ostatecznie zwieńczyła płytę w znakomitym stylu. Podobnie jak w wypuszczonym jeszcze przed premierą krążka „Versace on the Floor” Mars nawiązuje w niej do tradycji czarnego popu początku lat 90. ze szkoły Boyz II Men, w ostatniej minucie osiągając iście jacksonowską kulminację. Wpływy Króla Popu i Purpurowego Księcia słychać zresztą na 24K Magic w całej rozciągłości mniej lub bardziej bezpośrednio — od rasowego newjackswingowego kilera „Finesse” wskrzeszającego obłędną oldschoolową rytmikę w połączeniu z piekielnie chwytliwym refrenem, przez niezobowiązujące 80sowe sensualne midtempo „Calling All My Lovelies”, po „That’s What I Like” konfrontujące klasyczny syntezatorowy funk z trappopowym animuszem. Mars z pomocą doskonale dobranych współpracowników z imponującą lekkością, ale i pewną naiwnością wyławia rozmaite brzmienia minionych dekad i zręcznie składa je ze sobą, a dzięki obezwładniającemu słuchacza pierwiastkowi dobrej zabawy 24K Magic w niczym nie przypomina Frankensteina.

Komentarze

komentarzy