70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Recenzja: Sinkane Life & Livin’ It

Data: 13 marca 2017 Autor: Komentarzy:

jardin

Sinkane

Life & Livin’ It (2017)

City Slang

Z każdym kolejnym wydawnictwem od czasu dubowego Marsa z 2012 roku Sinkane systematycznie przenosi ciężar swojej muzyki z rytmiki na melodie i aranżacje. Choć nadal w centrum zainteresowania pozostają jego sudańskie korzenie i związany z nimi afrobeatowy rodowód, Life & Livin’ It to, niejako zgodnie z tytułem, płyta nieśpiesznie celebrująca życie.

Sinkane nawet śmielej niż dotychczas wymieszał ze sobą funk, rock, soul, jazz, szeroko pojęte indie, elektronikę i rozmaite elementy współczesnej i tradycyjnej muzyki sudańskiej, czego efekt cechują niezobowiązująca żywiołowość, niewymuszona afirmacja i leniwa progresywność. Słychać tu w całej rozciągłości muzyczne i tematyczne poszukiwanie inspiracji w fusion soulu i funkowych big bandach lat 70. — od otwierającego album „Deadweight”, które zdaje się uderzać w te same struny, co zeszłoroczna płyta Michaela Kiwanuki, przez beatową wariację na motywie klasycznego nashville sound w nieprzeciętnie chwytliwym „Favorite Song”, aż po „Theme from Life & Livin’ It” zbudowanego trochę na wzór klasycznych soundtracków do Superfly czy Shafta. Singlowe „Telephone” z jednym z najbardziej wyrazistych refrenów w karierze Sinkane’a to z kolei cytat z epoki, swoisty Toro y Moi na sterydach, a cały album zamyka wyspiarskie „The Way” w charakterze klasycznych numerów Jimmy’ego Cliffa.

Sinkane nie szarżuje, niezależnie od odsłony trzyma rękę na pulsie, jeśli chodzi o aranże, dbając jednocześnie o to, by Life & Livin’ It nie utraciło nic ze swojej rozkosznej, staromodnej prostolinijności, która czyni krążek doskonałym wyborem na nieśpieszny wiosenny weekend.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475