Recenzja: Devin the Dude Acoustic Levitation

Data: 5 kwietnia 2017 Autor: Komentarzy:

Devin the Dude

Acoustic Levitation (2017)

Coughee Brothaz Entertainment

Niestety. Mimo niezmiennie najsympatyczniejszej prezencji i kilku naprawdę powalających momentów na albumie trudno nie wymagać więcej niż schematycznej poprawności od artysty, który zaliczył jedną z najbardziej imponujących serii wydawniczych przełomu tysiącleci. Od solowego debiutu w postaci The Dude z 1998 roku po To Tha X-Treme z 2004, pierwsze trzy krążki w katalogu Devina to pokaz jedynej w swoim rodzaju najszczerszej, upalonej, melodyjnej kreatywności jednej z najbardziej oryginalnych postaci na scenie hip-hopowej; pulsującej p-funkiem, R&B i dubem. Dodajmy do tego bardzo udane projekty grupowe pod szyldem Odd Squadu, Facemobu czy Coughee Brothaz i nadal bardzo dobre Landing Gear z 2008 roku, a dostajemy obraz pięknej kariery i wielu godzin kultowej dyskografii. Jednakże jeszcze przy okazji Waitin’ to Inhale z 2007 roku Devin zdradzał tendencję do eksplorowania nowych pomysłów na swój wyjątkowy funk, zdominowany tym razem przez zbytnio gospelowy i pościelowy sznyt. Z jednej strony to rzecz jasna sygnał pozytywny, świadczący o nieustannych poszukiwaniach artystycznych. Z drugiej zaś nie udało się do dziś odnaleźć tych właściwych rozwiązań, co słychać również na jego najnowszym, dziewiątym solowym albumie zatytułowanym Acoustic Levitation.

Co wyróżniało Devina spośród wszystkich artystów to koncepty jego utworów. Za pomocą nieskomplikowanych i bardzo plastycznych obrazów raper potrafił nakreślać wprost niezwykle ważne i uderzające wartości, stawiając na istotę tak fundamentalnych spraw jak poszukiwanie szczęścia, miłość, przyjaźń, luz, radość z tworzenia, seks, równość czy wielokulturowość, robiąc to w bardzo niesztampowy i przede wszystkim szczery do bólu sposób. Mając w pamięci takie utwory jak (chronologicznie) „Write & Wrong”, „Boo Boo’n”, „Lacville ’79”, „Who’s That Man, Moma”, „Go Fight Some Other Crime”, „Anythang”, „Unity” czy „In My Draws”, trudno nie zniechęcić się wtórnością numerów na jego najnowszym wydawnictwie. Najlepszym utworem na Acoustic Levitation jest zdecydowanie „Are You Goin’ My Way” z Tonym Maciem i Lisą Luv, gdzie obserwujemy flirt na przystanku autobusowym, na którym kobieta z czwórką dzieci po dwunastogodzinnym dniu pracy czeka na swój autobus. Zresztą, słowa porywającego refrenu Tony’ego Maca najlepiej definiują ten utwór – „Hey lady, is your bus runnin’ late? / I see your kids walkin’ by with a bag full of groceries / I know you don’t know me / but are you goin’ my way?„. Wysublimowany dowcip w zwrotce Devina, kapitalny śpiewany back and forth pomiędzy Tonym Maciem i Lisą Luv w drugiej zwrotce i urzekający podkład pełen dętych smaczków i lounge’owej przestrzeni składają się na jeden z najlepszych numerów bieżącego roku. Jeśli chodzi o wymyślne koncepty czy utwory sytuacyjne to tyle. I to jest zdecydowanie największą bolączką albumu.

Oczywiście nie brakuje tu kilku zwyczajnie bardzo udanych kompozycji. Otwierające album „Can I” czaruje basem i gitarowymi akcentami, trapowe „We High Right Now” z pozytywnie karykaturalnym refrenem Roba Questa to sztandarowy stonerski hymn, a genialny utwór tytułowy to kolejny w dorobku Devina numer, w którym w bardzo osobisty sposób rozlicza się ze swoją rzeczywistością i ucieka od problemów na poruszającym podkładzie rodem z Underground Kingz UGK. Brzmienie i miks płyty, za które odpowiada zespół złożony z gospodarza, wspomnianego Roba Questa, Yosuke Azumy oraz Jamesa Hoovera to kolejny z atutów projektu. Jest nim także tytułowa akustyczna lewitacja — masa gitar, niezwykle żywo wybrzmiewających sampli i bardzo naturalnych układów perkusyjnych zwiastuje konkretny kierunek rozwoju artysty; nawet jeśli niejednokrotnie przypłacono to jakimś nietrafionym brzmieniem czy nadto uproszczoną harmonią.

Mimo wszystko za dużo tutaj nudnych i niepotrzebnych numerów o miłości, nieudanego śpiewania (co w przeszłości nigdy nie było problemem albumów Devina) i przeciętnych linijek, a dodatkowo znane już wcześniej galaktyczne podróże (otwierając swoje Just Tryin’ To Live z 2002 roku, raper przedstawił się nam jako Zeldar z planety Beldar) są tu raczej jedynie groteskowymi wypełniaczami. Gdyby ten materiał wydał ktokolwiek inny, wrażenia byłby zdecydowanie bardziej pozytywne, bo choćby dla wymienionych poprzednio „Are You Goin’ My Way”, „Can I”, „We High Right Now”, „Acoustic Levitation” czy „Please Pass That to Me” warto go sprawdzić. Jednakże mając na uwadze dorobek i potencjał wiecznie uśmiechniętego Pana Copelanda, ciężko nie wrócić z tej godzinnej wycieczki ze sporą dozą rozczarowania.

Komentarze

komentarzy