
Może to dziwne co właśnie napiszę, ale pierwszy raz w życiu nie mam pojęcia dlaczego wspominam o danym albumie. Najzwyczajniej w świecie nie umiem stwierdzić czy to mnie zachwyca, czy wręcz odrzuca, ale skoro krążek budzi we mnie takie poruszenie, no to coś musi się za tym kryć. Mowa o najnowszym albumie Jonathana Evansa
J-Walk, choć tytuł płyty mógłby brzmieć
oda do męskości. Warto zaznaczyć jednak, że niektóre nagrania to tak naprawdę przemówienia z patetyczną ścieżką dźwiękową w tle. Gdyby nie zwracać uwagi na treści to można pomyśleć, że poszczególne kawałki mogłyby się znaleźć na playliście niejednego z nocnych klubów. Na krążku królują wylewająca się elektronika, mroczne i ciężkie brzmienia, rap, zaraz potem radosny pop, i jeszcze utwór z cyklu
Hans Zimmer prezentuje. Na poziomie treści chodzi o męskość, o to do czego mężczyzna jest powołany, o wyzwaniach z tym związanych, oraz o Boga, przede wszystkim o Boga. Być może tak jak ja podczas pierwszego odsłuchu, pomyślicie, że ten krążek to nie warte większej uwagi patetyczne nie wiadomo co, ale mimo wszystko, bije z tej muzyki jakaś desperacja, taki żar i zapalczywość, które krzyczą do uszu i serca, których szukam w świecie wokół mnie.
Komentarze