Recenzja: Wale Shine

Data: 29 maja 2017 Autor: Komentarzy:

Wale - Shine

Wale

Shine (2017)

MMG / Atlantic

Czy istnieje jakiś logiczny powód, dla którego kiedy ma się na koncie 4 dobrze przyjęte płyty, spory fanbase, ugruntowaną pozycję na scenie oraz wypracowane brzmienie, nagrywa się ryzykowny, w połowie śpiewany i romansujący z popem album? Nie mam pojęcia i wygląda na to, że Wale również.

Im bliżej premiery piątej solowej płyty rapera byliśmy, tym bardziej niepokojące sygnały do nas docierały. Katastrofalnie złe “My PYT” czy “Fashion Week”, wybrane na jedne z pierwszych singli do Shine, brzmiały jak gdyby Wale cofnął się w swoim artystycznym rozwoju o kilka lat. Pewność siebie, unikatowa osobowość i precyzyjne flow ustąpiły tutaj tanim, zawadiackim tekstom, muzycznej przaśności i usilnemu pragnienu dotarcia do młodszego słuchacza. Mimo to mój kredyt zaufania dla podopiecznego Maybach Music był wystarczająco duży, aby nie przekreślać nowego wydawnictwa, zanim dokładnie go nie przesłucham. W końcu to Wale — Ambition, Folarin, The Gifted — ten swoisty hattrick kazał wierzyć, że otrzymamy solidny materiał.

Otwierające płytę “Thank God” zaskakuje śpiewanym udziałem gospodarza, jednak jego nieoszlifowana maniera wokalna szybko staje się dla słuchacza męcząca. Problem ten dotyczy również kawałków “DNA” czy “Scarface Rozay Gotti”. Na szczęście ratują je producenci, Lee Major i Go Grizley, którzy stworzyli żywe, melodyjne i ekstrawaganckie podkłady — to z takimi produkcjami tak bardzo kojarzył się zawsze sam Wale. Jego rozponawalny styl możemy usłyszeć także w  „Running Back” przypominającym swoim radosnym i beztroskim brzmieniem The Album About Nothing. Prawdziwa niespodzianka przychodzi jednak z “My Love” i “Fine Girl”, które śmiało sięgają do karaibskich i afropopowych klimatów, żeby ostatecznie przyjąć kształt przyjemnych letnich hitów. Gościnne występy artystów z Czarnego Kontynetu — WizKida, Davido czy Olamide — to całkiem udana próba syntezy mainstreamowego brzmienia Zachodu z korzeniami muzycznymi samego rapera. Trudno wręcz uwierzyć, że znalazły się na tej samej płycie, co trapowe “Mathematics”, które mimo polotu i energii rozczarowuje słuchacza swoją wtórnością. Podobnie jest w przypadku „Fish N Grits” — pokraczna minimalistyczna produkcja oraz toporny i nużący refren Travisa Scotta stanowią fatalną próbę dopasowania się do aktualnych trendów w hip hopie.

Najlepiej na całym albumie wypada zdecydowanie zamykające go “Smile”. Pozytywny vibe, przypominający ostatnią płytę Joeya Badassa, został wzbogacony przez niezłe zwrotki Phila Adé i Zyla Moona. To również najjaśniejszy punkt pod względem warstwy tekstowej — celne linijki o zabarwieniu społecznym i politycznym nawiązują do ruchu Black Lives Matter, wnosząc odrobinę optymizmu i nadziei na lepsze jutro. Niestety to odosobniony przypadek. W trakcie trwającej od 12 lat kariery Wale’a zostaliśmy przyzwyczajeni do jego umiejętności balansowania między zabawą i czystą rozrywką a refleksją i trafnym komentarzem. Na nowej płycie równowaga jednak została zachwiana, co może dla części fanów stanowić małe rozczarowanie. Przeważają tu banalne i pozbawione głębi kawałki, których równie łatwo się słucha, co się je zapomina.

Shine to projekt wybitnie nierówny i niekonsekwentny. Trywialna tematyka oscylująca wokół relacji damsko-męskich i własnego sukcesu, a także brak odpowiedniego wyczucia czy pomysłu na sensowne zestawienie tropikalnych i ulicznych klimatów mogą skutecznie zniechęcić do kolejnych odsłuchów. Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym nie przyznał, że Wale ma wciąż wystarczająco dużo charyzmy, aby nawet przez ten chaos przeprowadzić słuchacza do samego końca.

Komentarze

komentarzy