Recenzja: Jamiroquai Automaton

Data: 2 czerwca 2017 Autor: Komentarzy:

Jamiroquai

Automaton (2017)

Virgin EMI

Wiadomości o powrotach muzycznych zazwyczaj budzą gamę skrajnych uczuć. Sentymentalizm i związane z nim samolubne pragnienia wykorzystania muzyki w roli rzeczywistego wehikułu czasu walczą z cynizmem i niedowierzaniem, że ewolucja idoli sprzed lat może być interesująca; choćby w niewielkim stopniu tożsama z ewolucją, którą sami przechodzimy jako odbiorcy.

Nieco naiwnym byłoby zresztą wymaganie utrzymywania jednolitej koncepcji artystycznej przez 25 lat, zwłaszcza od muzyków, którym zmiany — często zresztą wbrew oczekiwaniom fanów — nigdy nie były obce. Teraz, jakby z pełną świadomością upływu czasu, Jamiroquai postanowili powrócić w bardzo sprytny sposób. Nieco kwadratowy electro-funk cechujący pierwszy singiel „Automaton” mógł się podobać albo budzić odrazę, ale z pewnością wprawiał w osłupienie i, co najważniejsze, wzbudził zaciekawienie nową płytą. Z drugiej strony, piosenka wcale nie została pozbawiona dystynktywnych dla „Jamiroquai sound” cech. Na tle pląsającego basu Jay przyjmuje dobrze znaną rolę krytyka konsekwencji technologicznej rewolucji, zmuszając słuchaczy do refleksji nad zjawiskiem elektronicznego alter ego. W konfrontacji wersu „I put my faith in a digital world where they’ve given me eyes without a face” z widokiem błyszczących ekranów smartfonów na koncertach z „Automaton” pobrzmiewa wręcz gorzka ironia.

Sama płyta jest po części wariacją na temat współczesnego wymiaru dualizacji. Jesteśmy w samym centrum bitwy między wrażliwym Buffalo Manem a jego zdigitalizowanym alter ego. Porównania do Daft Punk są tu nieuniknione. Już otwierające krążek french house’owe „Shake It On” brzmi jak mashup „Superstition” i „Around the World”. To samo z „Cloud 9”, sprawiającym wrażenie gościnnych występów w specjalnej edycji Random Access Memories wspomnianych już Daft Punk. Oczywiście nie brakuje teatralnych smyków i chórków, które zostały wplecione w płytę z chirurgiczną precyzją. We wspomnianym już „Shake It On” Jay zapewnia, że nie chce być częścią obu światów, i musi bronić się przed byciem zdradzieckim, podkreślając „music still infecting me”. Niejako zmusza do refleksji, czy muzyka bez organicznego pierwiastka, tworzona tylko za pomocą songwriterskich aplikacji, jest jeszcze muzyką.

Najciekawsze na Automaton – paradoksalnie dla zespołu wciśniętego w szufladkę „tych od doskonałych singli” — są utwory z najmniejszym potencjałem singlowym. Niby manierycznie brzmiący, ale wielowarstwowy i żartobliwy „Hot Property”, oldskulowe i wariacko samplowane „Nights Out in the Jungle”, spacesynthowy „Dr Buzz” wyraźnie nawiązujący do „Dr Beat” Glorii Estefan czy „Vitamin” z jazzującym solo na saksofonie rozwiniętym do dialogu: klawisze analogowe — cyfrowe — na tym ostatnim zresztą z powodzeniem można by skończyć płytę. Powyższe utwory udowadniają, że prócz dobrze znanych i ogranych patentów, urozmaiconych digitalnymi ozdobnikami, Jay Kay i spółka mają jeszcze coś ciekawego do zaoferowania, nie bacząc wyłącznie na koniunkturalne ukłony w stronę bywalców stadionowych koncertów.

Mnogość różnorodnych wątków na Automaton może być jednak nieco rozpraszająca. Krążek pozostawia odbiorcę z odczuciami przesytu i braku konsekwencji. Wychodzi na to, że problemem, z którym mierzymy się przy okazji tej płyty, nie jest koncepcyjny rozkrok między duchem a maszyną, ale między różnymi estetykami. Zdaje się, że ten wehikuł, podobnie zresztą jak cyfrowa rzeczywistość, chciałby nas zabrać w zbyt wiele miejsc naraz i tym samym usatysfakcjonować jak najliczniejsze grono. A taki efekt, jak wiemy, rzadko występuje w przyrodzie — nawet w tej internetowej.

Komentarze

komentarzy