Recenzja: Bryson Tiller True to Self

Data: 27 czerwca 2017 Autor: Komentarzy:

Bryson Tiller

True to Self (2017)

RCA Records

Wydanie drugiej płyty po dobrze przyjętym debiucie to trudne zadanie. Niewątpliwie trudniej jest zaskoczyć słuchacza, który na drugi materiał patrzy bardziej krytycznym okiem i nie wybacza łatwo błędów nowicjusza. Próbę wyjścia z tej sytuacji obronną ręką podjął Bryson Tiller, przedstawiając nam swój najnowszy album True to Self.

Czasu na dopracowanie materiału Tiller miał aż nadto. Poprzedni album — Trapsoul ukazał się prawie dwa lata temu, a w międzyczasie Bryson rzadko gdziekolwiek muzycznie się udzielał. Mimo wszystko hype wśród fanów został utrzymany, bo gdy tylko światło dzienne ujrzały informacje o nowej płycie, internet zareagował bardzo pozytywnie. Jedyny utwór zaprezentowany nam przed premierą — przedostatnie na płycie „Something Tells Me” — to ballada utrzymana właśnie w klimacie pierwszej płyty. Czy True to Self okaże się jej godną następczynią?

Tematyka tekstów to oczywiście relacje Tillera z płcią piękną — zdrada, miłość czy problemy z zaufaniem drugiej osobie. Słyszymy to już od otwierającego płytę „Rain on Me (Intro)” z samplem z lat 90. zapożyczonym od SWV. Nawiązań do złotego okresu R&B znajdziemy tu zresztą więcej — w kolejnych utworach trafimy na produkcje oparte o muzykę Mary J. Blige, Faith Evans czy Brandy. Warstwa muzyczna to solidny punkt nowego wydawnictwa. Dość oszczędne w dźwięki, lecz ciekawie połączone sample (głównie produkcji NES-a) sprawiają, że materiał jest spójny. Momentami chciałoby się jednak odpocząć od surowych bitów i trafić na większe urozmaicenie, szczególnie że True to Self składa się z aż 19 utworów. Tu dochodzimy do największego problemu albumu, który jest po prostu za długi.

Początkowo płyta wydaje się naprawdę bardzo dobra. Mamy tu wolniejsze trapowe utwory jak „No Longer Friends” czy „In Check”, w których Tiller czuje się najlepiej. Znajdziemy również czysto rapowe kawałki jak „Money Problem/Benz Truck”. Nie znajdziemy za to żadnych gości (poza „Don’t Get Too High”, gdzie można usłyszeć dosłownie jedno zdanie od Travisa Scotta). Oczywiście nie należy z miejsca uznać braku kolaboracji za wadę, lecz jeśli połączymy to z minimalistyczną produkcją, istnieje prawdopodobieństwo, że po pewnym czasie zaczniemy zastanawiać się kiedy koniec. W połowie płyty gospodarz próbuje rozbudzić klimat utworami w stylu „Self-Made”, gdzie agresywnie rzuca kolejne wersy i dzięki temu serwuje fanom najlepszy rapowy kawałek w swojej dotychczasowej karierze. Dalej również nie spuszcza z tonu i idąc w ślady Drake’a i jego „One Dance” czy „Controlla”, prezentuje roztańczone „Run Me Dry”. Takich akcentów jest jednak zdecydowanie za mało i kiedy wydaje się, że tracklista zdąża do finału, widzimy na swojej drodze jeszcze dziesięć utworów. Wystarczyłaby trochę lepsza selekcja i patrzylibyśmy na album w zupełnie innym świetle.

Jak wspominałem na początku, druga płyta była bardzo ważna dla Brysona — dzięki niej mógł on pokazać, że Trapsoul nie było jednorazowym sukcesem i tym samym wejść wyżej w hierarchii artystów łączących R&B z rapem. Mimo tego że True to Self nie jest zasadniczo złym krążkiem, nie sprostało dużym oczekiwaniom wobec niego. Idealnie obrazuje to prosta zasada głosząca, że liczy się jakość, nie ilość. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że koniec końców Tiller rzeczywiście będzie wobec siebie szczery i wyciągnie odpowiednie wnioski przy okazji trzeciej płyty.

Komentarze

komentarzy