Recenzja: Vic Mensa The Autobiography

Data: 23 sierpnia 2017 Autor: Komentarzy:

Vic Mensa

The Autobiography (2017)

Roc Nation / Capitol

Ponad trzy lata przyszło nam czekać na debiutancki album Vica Mensy. Od momentu podpisania kontraktu z wytwórnią Roc Nation, raper wypuścił zaledwie kilka singli oraz dwie epki. Mimo to zainteresowanie jego osobą nie spadło, a dziś uchodzi on za jednego z najbardziej perspektywicznych graczy rapowej sceny. Z jego debiutem wiążą się oczywiście spore oczekiwania. Czy autorowi udało się im sprostać?

Należałoby zacząć od tego, że mimo długiego oczekiwania The Autobiography pojawiło się na sklepowych półkach dość niespodziewanie. Kiedy na początku czerwca Vic wypuścił epkę The Manuscript zdawało się, że jest to kolejny zabieg odwlekający wydanie longplaya. Tymczasem zaledwie dwa miesiące później do rąk słuchaczy trafia legalny debiut Mensy. Trudno nie odnieść wrażenia, że pracy nad albumem towarzyszył pośpiech. Już sam koncept to trochę pójście na łatwiznę. Z jednej strony trudno zarzucić autorowi brak spójności, w końcu każdy z utworów dotyczy jego życia i wpasowuje się w zagadnienie autobiografii. Z drugiej, można to uznać za pretekst by umieścić na płycie w zasadzie każdy numer. Brak tutaj wyraźnej myśli przewodniej, przez co poszczególne kawałki zdają się występować w losowej kolejności.

Sam gospodarz radzi sobie całkiem dobrze. Vic to jeden z tych raperów, którzy przywiązują wagę do tego o czym mówią, tak więc nie ma tu wielu wersów upchniętych na siłę tylko po to, by uczynić track dłuższym. Nie ma tutaj także zbyt długich bądź nużących momentów, raper przechodzi płynnie pomiędzy poszczególnymi punktami tracklisty. Mensa nie nudzi, ale i nie walczy o uwagę. Próżno tu szukać jego charyzmy zaprezentowanej chociażby na ubiegłorocznym There Is A Lot Going On czy „U Mad”. Na tym tle wyróżniają się jedynieMemories on 47th St.” oraz „Wings”. Pierwszy z utworów opowiada o trudnym dorastaniu na ulicach Chicago, drugi to wyznanie dotyczące uzależnienia.

Jak można się było spodziewać, na The Autobiography znalazło się też miejsce dla Vica skandalisty. Słychać to przede wszystkim w utworach „Homewrecker” oraz  „Gorgeous”. Mensa często porusza tematy bardzo osobiste, nawet jeśli nie wychodzi na tym zbyt dobrze. Przykładem może być stylizowane na rockową balladę „Coffee & Cigarettes”. Dość banalny tekst, w dodatku nie najlepiej odśpiewany przez samego gospodarza to najsłabszy moment albumu. Raper zdecydowanie lepiej wypada w bardziej zaangażowanych utworach. Na wyróżnienie zasługują „Heaven on Earth” oraz „Down for Some Ignorance” gdzie raper przedstawia brutalną rzeczywistość wietrznego miasta.

Za plus można uznać to, że Vic nie dał się opanować modzie zapraszania na płytę masy gości. Co prawda jest tu kilka występów innych artystów, jednak spełniają one rolę wsparcia dla rapera, nie starając się go przyćmić. The Autobiography wypada bardzo dobrze także od strony produkcyjnej, nad którą pieczę sprawował nie kto inny jak sam No I.D. Są więc bity a la Kanye West, trochę współczesnych brzmień a także szczypta r&b.

„Sneakin’ into Lollapalooza, I fell off of that bridge /15,000 volts went through my elbow, fell over 30 feet /The doctor said I should be dead, still alive and still ain’t scared” – nawija Vic w jednym z utworów. Szkoda, że nie udało się przenieść tak ryzykownego podejścia na pole muzyczne. The Autobiography jest pozycją solidną, bezpieczną. Nie ma na niej wielu błędów, ale trudno też wskazać momenty świetne bądź wybitne. Miejmy nadzieję, że ta zachowawcza postawa poskutkuje odważniejszymi ruchami w przyszłości.

Komentarze

komentarzy