Recenzja: Yung Lean Stranger

Data: 19 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Yung Lean

Stranger (2017)

Year0001

“Jestem outsiderem (…) Nie wiem, czy to co robię to jeszcze hip hop” – przyznał Lean w ostatnim wywiadzie z Joem Pricem dla „Dazed”. Chociaż podobne deklaracje wypowiada dziesiątki raperów, w ustach szwedzkiego artysty brzmią nadzwyczaj autentycznie. Trudno sprecyzować czy Unknown MemoryWarlord wpisywały się w ten gatunek — jeszcze trudniej jest ze Strangerem. Leandoer przebył długą i wyboistą drogę, od viralowych teledysków i specyficznej internetowo-milenijno-gotyckiej estetyki, do zaskakująco wyrafinowanych i przemyślanych projektów. Jak przełożyło się to na jakość nowego albumu?

Kreatywność i wizjonerstwo nie zawsze idą w parze z właściwymi wyborami i odpowiednim balansem, co skutkuje przesytem i brakiem konsekwentności. Mimo że Yung Lean mógł łatwo wpaść w tą pułapkę, zdecydował się na oszczędność formy. Otwierające płytę “Muddy Sea” to wyraźny zwrot w stronę typowego stylu Sad Boys, jednak z niewielkimi różnicami. Jest znacznie bardziej kameralnie i minimalistycznie. Jonatan stawia się w pozycji wyalienowanego buntownika, gdy w tle rozbrzmiewa syntetyczny, fantazyjny podkład Yung Shermana. Linijki dotyczące świadomej rezygnacji ze sławy przeplatają się z blichtrem, ignorancją i poetyckimi akcentami w hipnotycznej, niemal monotonnej tonacji. Rozwinięcie tej formuły przynosi melodyjne i emocjonalne “Red Bottom Sky”, nawiązujące do zeszłorocznego ostrzelania tour busa artysty w Pittsburghu: “I heard shooters on the roof, yeah they’re trynna shoot you / I’m in a dark room, candles singing hallelujah”. Trans i zadumę przerywa nagle futurystyczne „Skimask”, ciosane z robotycznych dźwięków i orientalnej rytmiki. Paradoksalnie, słuchając ascetycznego Strangera można łatwo pogubić się w nawarstwiających się kontrastach.

Raper z dużą pewnością siebie balansuje między celebracją życia i bogactwa a wrażliwością i smutkiem, i mimo że takie sinusoidalne zmiany zdają się być męczące, tajemnicza werterowska otoczka stanowi skuteczne spoiwo. Nie brak tu abstrakcji i nieograniczonej swobody w symbolice i liryczności tekstów, które pięknie współgrają z muzycznymi koncepcjami Guda, Shermana i White Armora. Kołyszące się i narkotyczne Silver Arrows, progresywne i pełne głębi “Fallen Demon”, czy mroźne i niepokojące “Metallic Intuition” przynoszą prawdziwie synestetyczne wrażenia. To także zasługa samego Leana, który silnie stawia na melodie (zazwyczaj osnute auto-tunem), świadomie wykorzystując głos jako instrument (“Drop It / Scooter” , “Salute / Pacman”). “Czułem, jakbyśmy stali się zespołem” powiedział, wspominając sesje nagraniowe. Zgodność, synergię i chemię słychać w Strangerze na każdym kroku. Momentów przeciętności jest zaskakująco niewiele, a większość z nich niknie w konsekwentnej i jasno sprecyzowanej ścieżce, którą podąża Lean. Niemniej są chwile, kiedy lekkość i tandetność przysłaniają artyzm, a formuła płyty dociera do granic swojej atrakcyjności, jak w “Push / Lost Weekend”.

Jedną z kilku odsłon autora jest również ta inspirowana nihilistycznym brzmieniem Joy Division (którą mogliśmy poznać na tegorocznym Psychopath Ballads). Reprezentują ją ballady pokroju „Snakeskin / Bullets”, czy wzruszające „Agony”. Słowa “When I’m afraid I lose my mind / It’s fine, it happens all the time” odnoszą się prawdopodobnie do nałogów i depresji, którą przyniosła Leandoerowi nagła popularność i trasa w Stanach Zjednoczonych. Prowadzi to do wieńczącego album “Yellowman”, swoistego katharsis i zdecydowanie najlepszego utworu na płycie. Kompozycja brzmi jak inteligentna dekonstrukcja europejskiego transu pokroju Roberta Milesa, stawiając mocną kropkę nad i, niczym ostatnie pociągnięcie pędzla na płótnie.

Stranger jest równie kompletny, co zamknięty w ramach swojego zamysłu. Jego jakość to naturalne następstwo eksperymentowania i dojrzewania. Jest interesujący z każdej strony: od muzyki, przez teksty, aż po okładkę i nazewnictwo utworów. Radykalne decyzje autora sprawiły, że oddzielił się grubą kreską od reszty rapowego środowiska, i dopracował własne pojmowanie muzyki do niezwykle satysfakcjonującego poziomu. Radykalne oznacza jednak “nie dla każdego”. I dobrze, bo jak słychać, mniej znaczy więcej.

Komentarze

komentarzy