Recenzja: K.Flay Every Where Is Some Where

Data: 23 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

K.Flay

Every Where Is Some Where (2017)

Interscope

Dawno i bezpowrotnie przeminął świat, w którym Eminem był jedynym szanowanym białym raperem, a Mariah Carey jedyną prawdziwą piosenkarką R&B o porcelanowej cerze, co było faktem jeszcze na przełomie tysiąclecia. Wspomnieniem jest też świat, w którym powszechne oburzenie budzi „Gangnam Style” na szczycie amerykańskiej listy rapowanych singli. Przez ostatnich pięć lat k-popowe pomysły na gatunkowe mashupy zalały bowiem zachodni mainstream w nieco bardziej rozwodnionej formie, dając początek czemuś na kształt metapopu — łączącego radiowy sznyt z rytmiką R&B, rapowanymi zwrotkami, a nierzadko także tanecznymi inklinacjami. Metapopu, który choć równie dobrze można by położyć na szali obciążeń tzw. cultural appropriation (zarzucanego chociażby Justinowi Bieberowi), dla przeciętnego słuchacza już dawno na wielu płaszczyznach praktycznie stopił się z brzmieniem nowej fali z jednej strony coraz bardziej kompromisowego, z drugiej przecież nadal poszukującego nowych form amerykańskiego R&B.

Wydane w kwietniu Every Where Is Some Where piosenkarki i raperki K.Flay, która do okołorhythmnbluesowej formuły wcisnęła się niejako tylnymi drzwiami (jak zresztą wielu współcześnie), to ucieleśnienie wszelkich metapopowych ambicji. To niemal bezsprzecznie najlepsze od dawna połączenie alternatywnego R&B, indie rocka, art popu i świadomego hip-hopu, które nie jest ani alternatywnym R&B, ani indie rockiem, ani art popem, ani świadomym hip-hopem. K.Flay ze swoim talentem do pisania chwytliwych refrenów i ciętych puent z pomocą trójki producentów (wśród nich m.in. Mike Elizondo, który produkował w swojej karierze i Eminema, i metalową grupę Mastodon) robi z tego gatunkowego kalejdoskopu najlepszy możliwy użytek — mieszając wszystko w wielobarwnym, post-90sowym miksie rozmaitych wpływów i inspiracji.

Najbardziej przebojowy fragment albumu singlowe „Giver” uderza tam, gdzie nie był w stanie dosięgnąć starzejący się Beck na tegorocznym krążku Colors, w zręczne połączenie zadziornego electropopu z alternatywnym, rockowym zacięciem podsumowane autorefleksyjnym „I’m ready to give but I don’t know if I’m a giver” w refrenie. Inny hajlajt krążka — gitarowe „Blood in the Cut” to elokwentna wariacja na brzmieniu, które przed kilkoma laty wyniosło na szczyty popularności The Black Keys — zamknięte gdzieś pomiędzy 60sowym doo-wopem a współczesnym garażowym rockiem na bazie apatycznie melorecytowanych zwrotek, które w kolejnym „Champagne” przechodzą w regularny rap. I choć kolejne „High Enough” nawet bez jakichkolwiek zmian aranżacyjnych również mogłoby trafić na któryś z krążków The Black Keys, to sprowadzenie K.Flay do roli kobiecej odsłony garażowego rewiwalu byłoby nieporozumieniem.

Every Where Is Some Where robi bowiem coś, do czego mało która płyta z tego nurtu aspirowała, a mianowicie przestrzeń wewnątrz relatywnie gęsto rozciągniętej alternatywnej tkanki błyskotliwie wypełnia pełnowymiarową popową istotą — trochę jak przed laty KT Tunstall, ale na zupełnie innym poziomie, poziomie metapopu, który nie daje się tak łatwo podzielić na składowe, skategoryzować i zaszufladkować. I właśnie ta monolityczność znajomej przecież skądinąd materii czyni Every Where Is Some Where tak zajmującym. Wszystko to zbudowane wokół szczerej i prostolinijnej narracji K.Flay, która z wyczuwalną niepewnością, ale charyzmatycznie, momentami wręcz bezceremonialnie prowadzi słuchacza, prawdopodobnie mierzącego się z podobnymi jej rozterkami życiowymi, od „This one goes out to all the dreamers at sea, this life is only what you want it to be and I want more” w otwierającym „Dreamers” po „It’s been a slow, slow start, but I know I could be somebody new…” we wieńczącym płytę „Slow March” po linii nieodparcie urokliwych, niekiedy hymnicznie nakreślonych refrenów przez szereg słodko-gorzkich refleksji o niedorastającej do młodzieńczych wyobrażeń dorosłości.

Komentarze

komentarzy